Problem mam. Wprawdzie niezbyt wielki i da się z nim żyć, ale taka zaleta własnego miejsca w sieci, że można się wyżalić ;).

Ustalmy: duża część obecnych działań w sieci ma na celu jedno – SPRZEDAŻ. Usług, szkoleń, miejsca reklamowego. W końcu z czegoś trzeba żyć, a kanał dostępu do klienta jak każdy.

Żeby coś sprzedać, trzeba zaistnieć. Wyrobić swoją widownię, zbudować sobie markę eksperta lub po prostu zainteresować ludzi. Tak mówi teoria i tak to widzę, patrząc z boku.

Disklajmer: sam w tej chwili takich działań nie prowadzę, poza blogiem firmowym Predica – tam nie promujemy innych produktów, marek itp., nie pobieramy opłat za publikację materiałów.

I teraz: gdzie zaczyna się problem? W chwili, gdy wypracujemy tę swoją markę osobistą czy ekspercką, zaczynają się zgłaszać do nas klienci. Osoby lub firmy, które chcą ulokować swój produkt, zareklamować się i skorzystać z naszego dostępu do  potencjalnych klientów.

Tak to powinno działać. W końcu zapracowaliśmy.

Z czym więc mam problem? Z tym, że często te opłacone materiały nie są wprost oznaczone jako reklama czy działanie komercyjne.

…we współpracy

Nic tak mnie nie drażni jak poczytny bloger, który pewnego dnia postanawia dać upust zwierzeniom, że najlepiej smakują mu hot-dogi na tej konkretnej stacji i “ludzie, musicie spróbować”.

Lub gdy inna rozpoznawalna postać nagle sama z siebie postanawia opisać, jak to zainteresował ją proces wytwarzania wody mineralnej i jej rozlewnia. I tylko dlatego skorzystała z okazji i odwiedziła producenta tej wody.

Czy też, gdy nagle pojawia się seria artykułów, zachwalająca usługi firmy X jako najlepsze na świecie na jednej lub drugiej stronie. Gdy się przyjrzeć działalności tych stron, to widać że korzystają z Y i Z ale z X nigdy, więc skąd ten zachwyt?

Często pojawiają się tutaj magiczne słowa “we współpracy”, “materiał partnerski”, “zaprzyjaźniony producent”.

Hmm. Na mój gust, w takiej sytuacji osoba, która to przedstawia, sprzedaje swój autorytet tylko dlatego, że boi się użyć słowa “reklama” lub napisać: “ludziki, za ten materiał mi zapłacili, bo wiecie – za utrzymanie bloga trzeba płacić i za benzynę też, i dzięki temu, że oni mi płacą, ja mogę dla was pisać”.

Dlaczego ludzie mają problem z napisaniem tych kliku słów wprost? Może boją się, że wyznanie, że biorą pieniądze za publikację lub reklamowe wsparcie, obniży ich autorytet?

Nie wiem. Ale jako zwykły użytkownik i czytelnik obserwuję, że jest z tym problem.

Żeby było jasne – nie mam problemu z tym, że na blogach i kanałach video pojawiają się treści sponsorowane, jedynie z tym, że przedstawiane są nie jako materiały płatne, ale jako naturalna część przekazu bez dodatkowego, jasnego oznaczenia.

Czy da się inaczej?

Może nie da.

Takie reguły rynku i to taka gra z przymrużeniem oka. Ja wam serwuję “wartość” w postaci “contentu”. Wprawdzie ten “content” akurat napisał ktoś inny, a ja go tylko publikuję. Wy to wiecie, ja to wiem, wszyscy przymrużamy oczko i wiadomo – tak to jest w tym Internecie.

Wszyscy wiedzą, że te materiały są płatne, więc po co je jeszcze jakoś oznaczać albo o tym wprost mówić.  Przecież wy wiecie i ja wiem, reszta się domyśli.

Okazuje się, że można i to obserwuję często na “zgniłym zachodzie”.  Jeden z moich ulubionych przykładów to video Simone Giertz (polecam! jej roboty rozwalają system), będące reklamą nowego sezonu Westworld dla HBO.

Informacje o tym, że ten film jest opłacony pojawia się od razu, na samym początku. Żadnego małego dopiska na końcu “współpraca z partnerem”. Żadnego “materiał zaprzyjaźnionego partnera”.

INCLUDES PAID PROMOTION.

Na tym to się nie kończy. Jeżeli obejrzycie to video (zachęcam) to Simone mówi wprost – to jest film zrobiony za pieniądze HBO!

Czy sam film na tym traci? Czy Simone dostarczyła coś innego, niż dostarcza normalnie dla swoich widzów?

Nie! To kolejny zwariowany robot. Tym razem w określonej tematyce, związanej z serialem, ale wszyscy o tym od samego początku wiedzą. Co nie zmienia faktu, że jej widzowie dostali dokładnie to, czego od niej oczekują.

Dobrze. To za granicą. Tam robią to dłużej, inaczej, długo już wypracowali sobie standardy. U nas tak nie jest i tyle.

Choć chyba nie do końca. Jako przykładu mogę użyć (wiem, nudzą już z tym facetem) Michała Szafrańskiego (napisałbym, że tego od “Jak oszczędzać pieniądze”, ale teraz to już pewnie bardziej jest kojarzony ze swoimi książkami).

U Michała, przynajmniej w tych treściach, które czytałem, wszystko było zawsze jasne:

  • Hej, polecam wam tylko te produkty, z których sam korzystam i do których mam przekonanie;
  • Hej, czytelnicy! Ten wpis czy seria wpisów przygotowana jest przy współpracy z firmą X;
  • Hej, oglądacie to, bo za kurs zapłacił bank Y i dzięki temu mogę go udostępnić za darmo.

To jest jasny przekaz: to jest materiał, za który ktoś zapłacił, żebym go przygotował. Jeżeli ufasz mi, to uwierz, że nie opublikowałbym go, gdybym nie uważał że jest dobry i dostarcza ci rzetelnych informacji, ale ponieważ ktoś za to płaci, ty masz do niego dostęp bezpłatnie.

To jest jasne i proste postawienie sprawy.

 

I co z tym zrobisz?

Rzucisz się jak Rejtan na routery dostawców internetowych? Oflagujesz światłowody? Rozpoczniesz kampanię sumienia w Internetach?

Nie. Zdaję sobie sprawę, że dużo nie zrobię. Na szczęście mam własne miejsce w sieci, gdzie mogę wyrażać swoje opinie. Miejsce jest moje, opinie są moje, ten kto chce – może je przeczytać, skomentować, pomyśleć i podyskutować, czy się z nimi zgadza lub nie.

To co robię na swoim osobistym poziomie – filtruję treści. Jeżeli na jakimś blogu lub kanale pojawia się takich przypadków zbyt dużo, to po jakimś czasie nie potrafię już spojrzeć na ich treści nie zadając sobie pytania “Faktycznie tak myśli, czy ktoś to napisał lub opłacił?”.

Jeżeli zadaję sobie takie pytanie, to oznacza przeważnie, że nie mam już zaufania do treści, które są tam prezentowane i traktuję je jako czysty przekaz reklamowy.

Wtedy po prostu przestaję je czytać.

Co wy o tym myślicie? Przeszkadza wam to? Uważacie, że treści płatne czy sponsorowane powinny być jasno oznaczane? A może wam to nie przeszkadza i traktujecie to jako koszt dostępu do tego co jest w Internecie, puszczając sobie wzajemnie oczko?

Komentarze otwarte :), z chęcią poznam waszą opinię i podyskutuję.

Zdjęcie główne: ztephen on VisualHunt.com  CC BY-NC-SA

About Author

1 Comment

  1. Ziemowit Borowski on

    poza tym co robisz – “bojkotujesz” – nic nie zrobimy. i dobrze. Rada Etyki Social Mediow to poki co fanpage ze smieszkami. regulacja panstwowa skonczyla by sie jak GDPR (90% regulacji w prawie polskim lub niemieckim istnielo juz wczesniej).

Leave A Reply

Share This

Share This

Share this post with your friends!