Dziś będzie o finansach. Wiadomo: money moves the world around. Monej, hajs, diengi i inne dźwięki. Temat ciekawy, jak i skrzętnie kiedyś pomijany. Rozprawmy się z nim raz na zawsze.

O czym nie będzie?

Nie będzie stanu mojego konta, wysokości pensji oraz szczegółów mojego zeznania podatkowego.

Dlaczego?

Z mojego punktu widzenia, upublicznienie zarobków czy majątku nic mi nie da. Nie staram się was przekonać, że znam się doskonale na tym, o czym piszę i nie będę wam udzielał porad. Gdybym się na to zdecydował – ujawnienie wysokości pensji mogłoby budować moją wiarygodność. Albo i nie :).

Nie prowadzę tutaj działalności zarobkowej, nie promuję tego typu działań. Nie muszę się więc uwiarygadniać.

Wam również te informacje nic by nie dały. Dlaczego? Dlatego, że nie ma powtarzalnych ścieżek i wyborów. To, że ja doszedłem do punktu X, robiąc te kroki i znajduję się w punkcie Y, nie znaczy, że wy dojdziecie do tego samego punktu tą samą ścieżką. Dlatego informacje, jak kształtowała się moja pensja, jaka jest teraz (tak, mam zwyczajną pensję) – nie dosyć, że odnoszą się do warunków w przeszłości, to jeszcze odnoszą się do mojej osobistej sytuacji, która jest inna niż wasza.

Informacje, które mogą być przydatne przy negocjacjach w pracy i podobnych sytuacjach, można znaleźć bez problemu w sieci. Listy płac, dane GUS itp. pozwalają się świetnie zorientować, jak wygląda sytuacja finansowa ludzi w Polsce lub za granicą. Jeżeli potrzebne są informacje dotyczące konkretnego pracodawcy – najlepiej poszukać znajomych, którzy mają z nim styczność lub zapytać na forach, gdzie pojawiają się pracownicy tegoż.

O czym będzie?

Ekonomia, głupcze!

Będzie opinia o dwóch książkach, a potem jeszcze kilka przemyśleń wokół nich. Zanim przejdę do tej, o której wszyscy myślą – jednak coś innego: Basic Economics (u mnie wydanie piąte).

Ekonomia to nie jest prosta dziedzina. Nawet nie będę próbował się kreować na specjalistę (choć oficjalnie jestem technikiem ekonomistą :D). W ekonomii, jak w każdej dziedzinie są jednak pewne podstawy. Warto je znać i rozumieć.

Dlaczego?

Dlatego, że kierują one wieloma elementami otaczającego nas świata. Ceną ulubionych rzeczy, zmianami w otoczeniu miasta, w którym żyjemy, dostępnością lotów czy wyboru miejsca na kolejne wakacje.

(…) Economics is the study of the use of scarce resources which have alternative use. (…)

Basic Economics, Thomas Sowell

Tych podstawowych mechanizmów oraz pojęć z nimi związanych powinniśmy uczyć dzieci w szkole podstawowej.  Kurs podstaw ekonomii powinien być oczywisty, jak nauka języka czy matematyki.

Gdy ja chodziłem do szkoły, z różnych względów – głównie ze względu na obowiązujący ustrój – taka wiedza była niedostępna. Nawet jeżeli się pojawiała, to teoria i tak nie broniła się w zderzeniu z praktyką :).

To ciekawe, że po tylu latach w szkołach wciąż nie uczy się podstaw ekonomii.

Szkół ekonomii jest wiele, różnie tłumaczą mechanizmy poszczególnych działań. Podstawowe pojęcia pozostają jednak takie same.

W Basic Economics autor prowadzi czytelnika przez podstawowe pojęcia i mechanizmy dotyczące tego, jak podstawowa zasada alokowania ograniczonych zasobów do osiągnięcia optymalnego celu steruje wieloma elementami naszego życia. Dlaczego ropa naftowa tak szybo się nie skończy? Skąd się bierze cena i jej różnice? Co powoduje bezrobocie? Jaka jest różnica między akcją a obligacją? I tak dalej.

Jeżeli nie odrobiliście tej lekcji wcześniej, to warto przeczytać lub przesłuchać Basic Economics.

Do czego to prowadzi?

Zanim przejdę dalej, chwila o tym, do czego brak takiej wiedzy prowadzi. Gdy rozmawiam z ludźmi na różnego rodzaju spotkaniach, z pracownikami lub w trakcie rekrutacji, często dziwi mnie, jak mało wiemy na temat, zdawałoby się, podstawowych rzeczy.

Co kieruje rynkiem pracy i cenami na nim (tak, cenami)?

Skąd się biorą takie, a nie inne obciążenia związane z płacą?

Jak działają podatki?

Te podstawowe, wydaje się, elementy trzeba często przedstawić od podstaw.

Dlaczego?

Główny powód to brak podstawowej wiedzy ekonomicznej i związanej z nią świadomości mechanizmów, które rządzą wieloma elementami naszego otoczenia.

Jeżeli nie mamy tej wiedzy, nie jesteśmy w stanie obiektywnie spojrzeć na to, co się wokół dzieje.

Dlaczego zimą pewne rzeczy są droższe, a inne tańsze?

Dlaczego pensja się zmienia i jak wpływa to na moją przyszłość?

Czy inflacja to rzecz dobra czy zła?

Dlaczego wydobywamy węgiel sami, jeśli moglibyśmy go taniej sprowadzać? (OK, to pytanie celowo prowokacyjne).

Jak to ma się do szarej rzeczywistości?

Fajnie. Przeczytałem. Ale jak to się ma do mojej codzienności? W odpowiedzi na to pytanie pomoże kolejna książka.

Mowa o Finansowym Ninja Michała Szafrańskiego. Jeżeli ktoś choć pobieżnie śledzi polskie internety, to nie mógł Michała przeoczyć. Można prześledzić jego działania jako wykład na temat budowania własnej marki i pozycji w sieci.

(Pamiętajcie, droga Michała to jego droga. Nic wam nie przyjdzie z prób skopiowania jej. Znajdźcie swoją.)

Michał prowadzi blog jakoszczedzacpieniadze.pl. I robi to świetnie od kilku lat. W zeszłym roku sukces ten przekuł na inny: tym razem w branży self-publishing (warto prześledzić jak wygląda taki proces, jeżeli ktoś myśli, że to “pasywny przychód”).

O ile Basic Economics tłumaczy podstawy ekonomii jako takiej, Michał tłumaczy podstawy ekonomii osobistej.

Jak i po co prowadzić budżet domowy?

Jak policzyć opłacalność kredytu i czy jest potrzebny?

Czy należy i jak możne zadbać o własną emeryturę?

Czy warto się ubezpieczać?

Treści w książce pokrywają się częściowo z tym, co Michał prezentował na blogu. Tutaj macie jednak wszystko podane w jednym miejscu i uzupełnione linkami.

Dlatego też napisałem, że nie każdemu tę książkę bym polecił. Jeżeli czytasz blog Michała (lub inne podobne) regularnie i już coś robisz ze swoimi finansami, to może być to dla ciebie dobra powtórka, choć może już większość z tego gdzieś czytałeś.

Nawet wtedy znajdziesz tam coś interesującego. Tak było ze mną.

Jeżeli nie czytasz bloga Michała lub czytasz, ale ze swoimi finansami nie zrobiłeś dotąd nic – przeczytaj koniecznie tę książkę.

Co ważniejsze od jej przeczytania – zacznij się stosować do tych porad. Chyba, że nie musisz. Jak nawet autor wspomina – są ludzie w takiej sytuacji, w której nie potrzebują się przejmować tego typu rzeczami, jak budżet i emerytura. Większość z nas jednak powinna o tym pomyśleć.

Rzeczy, o których pisze Michał, powinno się umieścić w szkolnej podstawie programowej. Nie jest tak trudno wyobrazić sobie sytuację, w której w szkole odbywają się zajęcia z prowadzenia budżetu: dzieciaki, posiadając wspólną kasę/bank, planują budżet klasowy na cały rok.

Książka Michała Szafrańskiego to zdecydowanie dobra pozycją, którą polecam każdemu, kto chciałby uporządkować swoje finanse, a nie wie od czego zacząć.

Mnie nie odpowiadała trochę forma oraz ten “ninja” pojawiający się cały czas. Nie mogłem uciec od obrazu

(…) The functions of the ninja included espionage, sabotage, infiltration, assassination and guerrilla warfare.[1] Their covert methods of waging irregular warfare were deemed “dishonorable” and “beneath” the samuraicaste, who observed strict rules about honor and combat.(…)

Wikipedia

pomiędzy tabelkami z Excela.

Dlaczego warto coś zrobić z finansami?

Właśnie. Dlaczego w ogóle coś robić z finansami? Życie płynie, jest dobrze, pensje rosną. Pieniądze szczęścia nie dają. Nie przejmujmy się nimi.

Można podejść do tego i tak, ale pamiętajcie – każdy bankiet kiedyś się kończy. I wtedy jest dobrze, jeżeli po zapłaceniu rachunku, zostaje nam jeszcze na taksówkę.

Teraz dla tych, co nie lubią metafor: jeżeli nie chcesz mieć problemów – upewnij się, że masz zabezpieczone finanse.

Pierwszy krok: dowiedzieć się, na czym się stoi. Tutaj nie ma cudów, matematyka nie kłamie. Jedną ręką zarabiamy, drugą wydajemy. O ile wysokość zarobków przeważnie znamy dość dokładnie, o tyle kwoty wydatków – hohoho! tutaj często nasze wyobrażenia rozmijają się z rzeczywistości. Niekoniecznie w sposób, który dobrze rokuje.

Jedyny sposób, żeby to zweryfikować – zacząć to w jakiś sposób śledzić. Jak nie popaść z tym w przesadę (balans – słowo klucz w wielu wypadkach) – o tym mówi Michał w swojej książce, dając gotowe narzędzia. Tylko brać.

Uwaga! Pierwsze, uczciwe podejście do tematu grozi szokiem poznawczym :). Czujcie się ostrzeżeni, nie znacie samych siebie aż tak dobrze, jak wam się wydaje. Przynajmniej, jeżeli chodzi o zarządzanie finansami.

Co zrobicie z uzyskaną wiedzą, to już zależy od was. Każdy podejmuje swoje decyzje.

Jak to robię?

Sposobów na prowadzenie finansów osobistych i zarządzanie nimi jest tyle, ilu prowadzących. Z moich obserwacji wynika, że każdy zaczyna od jakiegoś systemu, a potem go modyfikuje, dostosowując do siebie.

Przypomnę wpis o zarządzaniu czasem i zadaniami. Pamiętajcie, możecie spędzić dużo czasu na wybraniu odpowiedniego narzędzia, ale nie zbliży was to zbytnio do celu. Poznanie 10 narzędzi do zarządzania finansami da wam mniej, niż konsekwentne używanie jednego, nawet gdyby nie było to narzędzie idealne.

Szczególnie kuszą wszelkiego rodzaju aplikacje mobilne (ach te smartfony!) do notowania wydatków i zbierania paragonów. Dla mnie jest to zbyt szczegółowe i nie sprawdza się. Ale dla każdego, co lubi.

HINT: Obecnie, opcję pozwalającą na prowadzenie budżetu i zarządzanie wydatkami, często oferują banki w ramach swoich systemów. Zanim zaczniecie używać czegoś dedykowanego, warto zerknąć na ofertę waszego banku.

Wracając do mnie. Po przejściu kilku różnych etapów, od dobrych kilku lat trzymam się prostego schematu:

  • Do zbierania danych używam Excela. Prosty arkusz do notowania wydatków i przychodów.
  • Wydatki zbieram na podstawie danych z kont bankowych.
  • Nie rozliczam paragonów. Trzymam to na dosyć ogólnym poziomie dużych kategorii.
  • Do analizy danych używam tabel przestawnych z Excela. Zaprzyjaźnijcie się z nimi, o ile ich nie znacie. Niezależnie od tematu finansów osobistych.

Na tej podstawie planuję. Budżet mam zbudowany bardzo prosto – zakładam górną granicę wydatków w miesiącu, tak aby suma we wszystkich kategoriach schodziła do kwoty X. Przykładowo, jeżeli zarabiam 10 000 PLN, a określiłem, że z tego chcę zaoszczędzić 2 500 PLN – maksymalne wydatki to 7 500 PLN rozbite na poszczególne kategorie. W to wliczone są wydatki nieprzewidziane i rozłożone w czasie (wakacje, ubezpieczenia medyczne).

Skąd wiem, ile zaalokować na poszczególne kategorie? Zbieram dane od kilku lat, więc wiem, ile wydajemy jako rodzina i na tej podstawie określam poszczególne kwoty.

Oprócz planowania budżetu miesięcznego, kontroluję też wydatki w ujęciu rocznym. Wydatki na wakacje pojawiają się w jednym lub dwóch miesiącach. Wydatki na ubezpieczenie medyczne czy mieszkanie też są cykliczne. Mam na nie zaalokowaną kwotę w każdym miesiącu, co daje mi roczny budżet, którego nie powinienem przekroczyć.

Utrzymanie całości zajmuje mi około 1 godziny w tygodniu.

Kokpit sterowania

Oprócz bieżących informacji o wydatkach i budżecie, mam jeszcze jedno narzędzie – arkusz pokazujący aktualny stan “net worth” naszej rodziny, czyli majątku, jakim dysponujemy po uwzględnieniu kredytów, zobowiązań, posiadanych rzeczy (tylko tych dużych – białych kruków literatury dziecięcej nie biorę pod uwagę ;)).

Jeżeli chodzi o wartość netto, uwagę zwracam na:

  • aktualną wartość i jej zmiany w czasie (wyrażone w procentach),
  • trend całości (rosnący, malejący) i dynamikę tej zmiany,
  • strukturę, czyli jak rozkłada się całość na poszczególne elementy.

Spotkałem się z różnymi dodatkowymi miernikami. Jeden z ciekawszych to stosunek wydatków do przychodów mierzony w ujęciu kwartalnym. Inny sposób mierzenia zmiany w perspektywie czasu to na przykład przeliczenie oszczędności na potencjalną ilość miesięcy na emeryturze :).

Nie jest wykluczone, że kiedyś je też uwzględnię :).

Wartości w ramach tego kokpitu uzupełniam raz na kwartał – nie ma sensu robić tego częściej.

Po co to wszystko?

Właśnie, po co? Po co to robić? Po co o tym pisać? Pieniądze szczęścia nie dają.

Szczęścia nie dają. To co dają, a raczej wiedza, jak z nimi stoimy, to coś innego. Dają swobodę wyboru i poruszania się. Gdy wiemy, ile posiadamy, na ile nam to wystarczy i ile tak naprawdę potrzebujemy, żeby normalnie żyć – możemy spokojnie podejmować różne decyzje. Łatwiej ocenić ich skutki i potencjalne zagrożenia.

Długoterminowo pozwalają ocenić, jakie będą nasze wymagania na koniec naszej drogi zawodowej. Jeżeli jesteśmy w stanie to oszacować, możemy wcześniej podjąć działania, żeby tę przyszłość sobie zabezpieczyć.

Żeby było praktycznie i z życia – mnie tego typu wiedza pozwoliła swobodnie rozstać się z pracą w Microsofcie.

Nic nie jest pewne! Zabezpieczenie, które sobie wymyślimy, może okazać się złudne. Na końcu możemy się spotkać w jednym punkcie z kimś, kto planowaniem się nie przejmował.

Jeżeli jednak niczego w tym kierunku nie zrobimy, mocno zwiększamy prawdopodobieństwo, że nasze samopoczucie związane z finansowym bezpieczeństwem w wieku 50, 60 lat będzie średnie.

Dzięki temu, że posiadamy podstawową wiedzę na temat finansów (w końcu przeczytaliście przynajmniej dwie książki, PRAWDA?), możemy nad tym przynajmniej starać się zapanować.

Uzupełnienie: w czasie, gdy tworzyłem ten wpis, Michał Szafrański opublikował listę blogów finansowych, które warto śledzić w 2017. Dużo tego.

 

 

About Author

Leave A Reply

Share This

Share This

Share this post with your friends!