Podobno mamy rynek pracownika. Może i nie wszędzie, ale na pewno w IT. O pracę łatwiej tak jakby i to widać. Głównie w ilości kandydatów na stanowiska, w ich wymaganiach. Tych finansowych też.

Teraz specjalnie dla Mira w punktach (TL;DR) :

  • mamy rynek pracownika (przynajmniej w IT), co oznacza, że zatrudnianie nie jest łatwe;
  • warto dbać o sieć kontaktów, ona jest najlepszą drogą do innej kariery;
  • agencje HR są okropne i znikną z rynku, zastąpią je automaty;
  • AKCJA: usuń rekruterów ze swojego LinkedIn – spraw, żeby zapracowali na twoją uwagę;
  • na końcu jest fajne wideo :).

Zdjęcie via VisualHunt

Co do wymagań: coraz mniej osób wymaga, aby zmiana pracy pociągnęła za sobą poprawę sytuacji finansowej. Może inaczej – nie jest to główny wyznacznik. Najczęściej powtarzającym się motywem jest możliwość pracy zdalnej w całości lub przynajmniej częściowo. Weźcie to do serca, przyszli pracodawcy!

Proces zatrudniania i bycia zatrudnianym to skomplikowana gra. Niby prosta rzecz, ale wymaga wiele czasu i energii (że o środkach finansowych nie wspomnę).
Niedawno w firmie odbyło się kilka rekrutacji  (i rekrutujemy nadal, gdyby ktoś był zainteresowany), a sam temat kusi mnie już od dłuższego czasu, dlatego dziś będzie o tym, że…

…do tanga trzeba dwojga.

Ten numer przeszedł już do kanonów weselnych naszego kraju. Prawda jest taka, że do zatrudnienia też trzeba dwojga. Strony, która zatrudnia i tego, kto jest zatrudniany. Niby banał, ale często wydaje się, że ta prosta prawda gdzieś się zagubiła.

Zdjęcie via VisualHunt

Najpierw od strony pracodawcy (ojojoj):

Na rozmowach w sprawie pracy w Predice, często pada pytanie “dlaczego chcesz zmienić pracę?”. Uprzedzając – nie wynika ono z tego, że przeczytaliśmy podręcznik do rekrutacji, ale faktycznie z chęci dowiedzenia się, jakie są powody tej decyzji. Odpowiedzi czasami są zaskakujące.

Niestety, jednym z częstych powodów jest niewywiązywanie się z ustaleń, umów i zobowiązań np. dotyczących szkoleń, projektów przez poprzedniego pracodawcę. Jakąś patologią są przedłużające się umowy na czas określony bez widocznego końca.
Prawda zazwyczaj leży pośrodku, ale – drogi pracodawco! – jeżeli bierzesz na siebie zobowiązania, wywiązuj się z nich! Jeżeli tego nie będziesz robił, to jak napisałem – rynek pracownika szybko to zweryfikuje.

Z drugiej strony – mamy osobę poszukującą pracy:
Tutaj, niestety, zdarza się też postawa typu “A co mi tam, zrobię wam tę przysługę i zatrudnię się u was. Doceńcie to!”

SIADAJ, PAŁA!

Zdjęcie: epc via Visual hunt / CC BY-NC-SA

My nie wyświadczamy ci przysługi – zatrudniając, i ty nie jej nie wyświadczasz – pracując. Zawieramy dwustronną umowę, która ma określone warunki: podejmujemy określone zobowiązania i ustalamy reguły. Trzymajmy się ich po prostu i nie próbujmy ich wykorzystać lub naginać dla krótkotrwałych korzyści.

Praca u kogoś powinna być tak blisko pozycji WIN-WIN jak to tylko możliwe. Ideały są trudne do osiągnięcia, ale starajmy się do nich dążyć. Nie da się ich osiągnąć, jeżeli któraś ze stron uważa, że stoi w tym układzie na wyższej lub odwrotnie – straconej pozycji.

To nie zadziała.

Punkt #1 do zapamiętania i wykorzystania w trakcie procesu rekrutacji: my nie musimy cię zatrudniać, ty nie musisz u nas pracować. Próbujemy znaleźć kompromis, a im bliżej punktu WIN-WIN wylądujemy, tym lepiej dla obu stron.

Drogi kandydacie!

Zdecydowałeś się rozpocząć dialog z nami. Dziękujemy. Wierz mi, że włożyliśmy dużo wysiłku, energii i środków, aby do ciebie dotrzeć i dojść do tego punktu.

Mogłeś się do nas zgłosić sam, a może to my trafiliśmy do ciebie (raczej nie trafiłeś do nas przez agencje rekrutacyjne, ale nie uprzedzajmy faktów).

Jeżeli już do tego doszło i w jakiś sposób rozpoczęliśmy ten dialog – BĄDŻ ZDECYDOWANY. Nie, nie mówię, że od razu masz podjąć decyzję o pracy u nas, ale bądź zdecydowany, że chcesz przez ten proces przejść.

Konkretniej – częścią procedury w Predica jest wysłanie do kandydata zadania rekrutacyjnego. Po co? Powód pierwszy – obiektywne zweryfikowanie poziomu technicznego. Powód drugi – sprawdzenie, czy dana osoba jest na tyle zdecydowana, żeby poświęcić 1-2 godzin na to, żeby to zadanie rozwiązać.

Co na tym etapie może pójść źle (z życia wzięte):

  • kandydat nie odpowie – tu sytuacja jest jasna;
  • odpowie fochem, że on żadnych zadań nie będzie rozwiązywał, bo przecież wiadomo, że wysokiej klasy specjalistą jest (to akurat często się łatwo weryfikuje);
  • odpowie zarzutem, że oto próbujemy tanio wykonać swoją pracę projektową. Uwierzcie mi, nie! Ale to, że najczęściej takie podejście pokazują osoby rekrutowane na stanowiska “miękkie”, pokazuje jak zepsuty jest ten rynek;
  • przygotuje i odeśle wykonane zadanie (uff).

Ostatni przykład ujawnia, że:

  • osoba jest chociaż minimalnie zaangażowana w proces i ma chęć pracować u nas (wcześniej była już rozmowa telefoniczna, ale to jeszcze nic nie znaczy);
  • osoba kandydująca wie, czego się spodziewać na danym stanowisku.

Oprócz tego – widząc styl rozwiązania takiego zadania, można dużo powiedzieć o kwalifikacjach danej osoby.

Najgorsze możliwe rozwiązanie to brak odpowiedzi lub muchy w nosie.  Też mówią wiele, ale niestety nie to, co chcielibyśmy usłyszeć.

Przygotuj się

Uwierz, my się przygotowujemy. Mamy przemyślany cały proces, propozycję pensji, pakietów. Tego, co chcemy, żebyś robił. Zanim rozpoczęliśmy z tobą rozmowę – przemyśleliśmy kilka razy, czy możemy cię zatrudnić na dłuższy okres i podjąć to zobowiązanie. Tak, chcemy, żeby to był dłuższy czas. Przeczytaliśmy twoje CV, przejrzeliśmy twoje odpowiedzi na zadania.

Zdjęcie: John Spooner via Visualhunt.com / CC BY-NC

Jeżeli już decydujesz się na krok zwany spotkaniem – przygotuj się! Możesz być świetnym technicznie kandydatem, ale powiadam ci – temperatura rozmowy opadnie, gdy na pytanie “Czy wiesz coś o naszej firmie?”, odpowiesz “Nie, na razie przyszedłem na rozmowę.”.

Przygotowanie dotyczy nie tylko takich trywialnych wiadomości mających łechtać moje służbowe ego, ale i bardzo podstawowych, wydawałoby się, rzeczy. Np.:

  • Co chciałbyś robić?
  • Z kim i nad czym chciałbyś pracować?
  • Ile chciałbyś zarabiać?

Miej pytania do pracodawcy! Nic nie działa lepiej na rozmowę, jak “Mam do was listę pytań”. To jest dialog!

MIEJ POMYSŁ NA SIEBIE!

Bądź zdecydowany! Może nie od razu na pierwszej rozmowie, ale licz się z tym, że praca zostanie ci zaoferowana. Wtedy bądź gotów podjąć decyzję.

Wierzcie lub nie, z mojego kilkuletniego doświadczenia wynika, że czasem lepiej by było, gdybyśmy tę rozmowę odbywali z żoną kandydata. Serio! To żony decydują :).

Jak się odnaleźć w tym gąszczu?

Zanim dojdzie do tych wszystkich tańców godowych, musimy się jeszcze jakoś odnaleźć.  Oczywiście, my rozsyłamy sygnały (z doświadczenia ostatnich miesięcy – najlepiej działają media społecznościowe), wy musicie je odebrać. Ten proces przeważnie długo trwa.

Zakładając, że jednak szukasz pracy – kilka porad, jak to ugryźć:

Twoja sieć znajomych jest najlepszą firmą rekrutacyjną! Uwierz. Nic nie działa tak dobrze na potencjalnego pracodawcę, jak polecenie od kogoś, kogo zna. A jeszcze lepiej – od obecnego pracownika. Jest to też najtańszy sposób pozyskania kandydatów, tego nie ma co ukrywać. Nawet, jeśli za polecenie wypłacamy premię (a wypłacamy!).

Zadbaj o tę sieć kontaktów. Odświeżaj raz na jakiś czas kontakty z ludźmi, których znasz. Dużą rolę gra społeczność ludzi związanych z daną branżą. Chcesz zmienić pracę – idź na spotkanie grupy związanej z twoją branżą. Na przykład, jeżeli chciałbyś poszukać pracy związanej z chmurą – najbliższe spotkanie grupy Cloud Beer będzie super okazją :).

Jeżeli mówimy o sieci – LinkedIn twoim przyjacielem jest! Nikt nie każe spędzać ci tam godzin na udzielaniu się, ale LinkedIn w tej chwili to jedno z głównych źródeł, w których szukamy kandydatów. Zapewnia efekt sieci, przenosi to, o czym pisałem – referencje pomiędzy ludźmi. Daje się przeszukiwać.

Wujek Dobra Rada mówi: nawet, jeżeli nie planujesz zmiany pracy, utrzymuj i dbaj o swój profil LinkedIn. Zadbaj o jego higienę! 10 tysięcy niepowiązanych ze sobą kontaktów nie zapewni ci zasięgu i wiarygodności. Za to zapełni twoją skrzynkę spamem. Nie musisz akceptować wszystkich zaproszeń, w szczególności tych od agencji rekrutacyjnych.

Hint: ja raz na pół roku robię przegląd kontaktów i usuwam wszystkich, którzy nie mają związku z moją siecią. W szczególności rekruterów, którzy jakoś się tam wślizgnęli.

Dopłynęliśmy! To co z tymi agencjami?

I tak doszliśmy do tematu agencji i rekruterów. To z notatki na ten temat wykluł się pomysł na ten wpis. Chyba najdłuższy wpis świata :). Jeżeli pracujesz w takiej agencji lub zajmujesz się rekrutacją – doczytaj do końca tego paragrafu.

Zdjęcie: Ginnos via Visual hunt / CC BY-NC-SA

Uwaga – będę wieszczył. Jak Kasandra.

AGENCJE REKRUTACYJNE ZNIKNĄ Z RYNKU! ZASTĄPIĄ JE AUTOMATY!

Stanie się to raczej szybciej niż później. Dlaczego?

Agencje rekrutacyjne nie wnoszą w proces rekrutacji niczego, co by uzasadniało potrzebę ich istnienia. I niczego uzasadniającego ich cenę. Aroganckie stwierdzenie? Może i tak, ale tak to wygląda z perspektywy klienta tych agencji.  Punkt widzenia potencjalnego pracownika, współpracującego z takimi agencjami, może być podobny.

Przez 20 lat tylko raz znalazłem pracę przez agencję rekrutacyjną. RAZ!

Jaka jest rola agencji rekrutacyjnej w tym procesie? Zebranie wymagań od potencjalnego pracodawcy, przeszukanie rynku, odfiltrowanie ludzi, którzy nie pasują do profilu na podstawie CV, przeprowadzenie wstępnych rozmów, przygotowanie listy kandydatów!

Agencje rekrutacyjne spełniały kiedyś rolę pośrednika pozwalającego tym, którzy szukają pracy spotkać się z tymi, którzy ją oferują. Faktycznie, skojarzenie tych dwóch stron to czasem był problem. W dotarciu do kandydatów pomocne były jedynie ogłoszenia o pracę w gazetach (BTW – czy Gazeta Praca jeszcze istnieje? Ktoś wie?). Przy okazji, agencje brały na siebie część zadań administracyjnych związanych z rekrutacją.

A potem wydarzył się INTERNET!

Co zmienił? Dokładnie tyle, że obecnie nie ma bariery blokującej dostęp do kandydatów. Wręcz przeciwnie! Jest ich aż za wielu i teraz główny problem to wybór metody skutecznego filtrowania kandydatur.

Jeżeli pomiędzy mną – oferującym pracę a potencjalnym pracownikiem jest sieć, to gdzie w tym wszystkim miejsce dla agencji rekrutującej? Ano właśnie – NIE MA GO!

 

Ale jak to?

Dokładnie – nie ma go! Do kandydata możemy dotrzeć samodzielnie, możemy go sprofilować, wybrać odpowiedni “target”, umieścić reklamę na odpowiednich mediach i zacząć zbierać kandydatury.

Jeżeli chcemy to robić bardziej bezpośrednio – wykupujemy konto Premium na LinkedIn i już. Lecimy.

Zajrzyjcie do waszych skrzynek na LinkedIn, o ile je macie. Jak myślicie, co robią ludzie z agencji rekrutacyjnych? Kupują konto Premium na LinkedIn i już. Lecą po profilach.

I tutaj będą gorzkie żale – rant na rekruterów na LinkedIn.

LUDZIE (rekruterzy, znaczy)! WY SIĘ OPANUJCIE!

Wysyłanie na ślepo ofert pracy, które nie są związane z żadnym z doświadczeń osoby, do której je wysyłacie, ani z jej umiejętnościami – to jest działanie bez sensu. Może spełniacie w ten sposób swoje wskaźniki. Nie wiem.

Nie wiecie po co?

Nie wiecie do kogo?

Ale i tak wyślecie InMail… A co!

Macie konto Premium, to wam wolno.

Ja nie przyjmuję już zaproszeń od rekruterów, a te które przypadkiem przyjąłem – usuwam. Znajomi robią to samo.

Zapytanie od osoby z agencji, która zadała sobie trud żeby przeczytać mój profil, przemyślała, czy to aby oferta dla mnie, jest tak rzadkie, że w takich wypadkach poświęcam kilka minut na to, żeby jej za to podziękować, Nawet, jeśli grzecznie odmawiam.

Z punktu widzenia osoby oferującej zatrudnienie, agencje rekrutacyjne mają dla mnie niską wartość (żeby nie powiedzieć zerową). Łatwo mogę je zastąpić osobą z dostępem do LinkedIn lub oprogramowaniem.

Co ważniejsze – w agencjach rekrutacyjnych nikt przeważnie nie jest w stanie ocenić strony merytorycznej kandydata. A jest już oprogramowanie, które w przypadku prac technicznych potrafi to zrobić.

Dzięki temu, cały proces rekrutacji, od zgromadzenia kandydatur po ich sprawdzenie i weryfikację, możemy oprzeć na narzędziach. Nie potrzebujemy do tego dodatkowej firmy.

 

Zepsute jabłko

Przyznaję, że na taki ogląd sytuacji wpływają też nasze doświadczenia. Niestety, na wiele przeżytych – wszystkie kończyły się źle.

Nie wspominając już o tym, że w większości otrzymywaliśmy po prostu wyniki wyszukiwania w LinkedIn, to dochodziły do tego jeszcze sytuacje, po których naprawdę witki opadały.

Tylko kilka przykładów:

  • Otrzymujesz CV, wygląda bardzo dobrze. Przyjmujesz kandydaturę, dostajesz kontakt. Umawiasz się na rozmowę telefoniczną (angażujemy już czas obu osób). Okazuje się, że z całego CV zgadzają się tylko dane osobowe – reszta to dane innej osoby. Agencja tłumaczy, że się pomyliła.
  • Kandydat na rozmowie podaje swoje wymagania finansowe. Są mocno wygórowane. Po szczerym skorygowaniu, że na takim poziomie są zbyt wysokie, wyznaje, że on chciałby zarabiać X, ale agencja poradziła mu powiedzieć X+Y. Zagadka – od czego zależy wynagrodzenie agencji?
  • Zatrudniamy kandydata przez agencję. Jedną z tych “topowych”. Pierwszego dnia pracy okazuje się, że nie zwolnił się z poprzedniej pracy (what???). Agencja pomimo tego domaga się swojego wynagrodzenia.

To tylko kilka z przykładów. Było ich więcej. Efekt jest taki, że rekrutujemy tylko bezpośrednio. Wymaga to czasu, wymaga to dodatkowej pracy, ale wyniki są o wiele lepsze.

Takich firm jak my będzie więcej. A i oprogramowania, wspierającego proces rekrutacji, będzie przybywać. Przykładem tego, że tędy droga, jest Google Jobs API.

 

No. To ponarzekaliśmy.

Na zakończenie trochę bardziej merytorycznie. Wspomniałem, że rynek IT należy teraz do pracownika.

To niby dobrze, ale nie do końca. Złe strony tej sytuacji, które odnotowuję w trakcie rozmów z kandydatami:

  • Brak wyzwań w znalezieniu pracy powoduje, że brakuje motywacji do rozwoju. Ludzie są skłonni robić coś mniej interesującego i utrzymywać status quo za większą pensję, nawet jeżeli jest to ścieżka prowadząca w dół (bo zapotrzebowanie na takie umiejętności idzie w dół).
  • To, co wiąże się z powyższym – łatwo jest utknąć gdzieś na ścieżce kariery. Nie w jednym miejscu, ale w jednej roli. Tylko dlatego, że rynek oferuje za to więcej i więcej. Po co więc coś zmieniać? Warto jednak wiedzieć, czy wynika to z faktycznego zapotrzebowania na te umiejętności, czy jedynie z chwilowego braku ludzi na rynku.

Kolejny efekt rynku pracownika, który już powoli można zaobserwować, to sięganie na zewnątrz. Z kraju, do którego się delegowało pracę (outsourcing), zamieniamy się w kraj, który importuje pracowników.

Uwierzcie mi. Za wschodnią granicą jest pełno dobrych, zdolnych ludzi, którzy z chęcią przejmą wasze stanowiska za trochę mniejsze kwoty, oferując jednocześnie więcej w zamian (doświadczenie, wiedzę, elastyczność).

Nie chodzi tutaj o outsourcing w stylu “oddelegujmy wszystko do Indii”, ale o zatrudnianie naprawdę dobrych specjalistów.

To z nimi będziemy musieli niedługo na rynku pracy konkurować i – patrząc na tych ludzi, z którymi rozmawiamy lub współpracujemy w firmie – będzie się trzeba postarać. Są dobrzy!

 

Uff.

Tak to wygląda. Wyszła tyrada. Ciekaw jestem jak to wygląda z waszego punktu widzenia.

Ciekaw jestem też, jak to będzie wyglądało, gdy przeczytam ten wpis za lat 5 :).

Teraz mogę jedynie przewidywać, że proces zatrudniania czy kontraktowania (bo wszystko wskazuje na to, że w przyszłości to będą kontrakty różnego rodzaju raczej, niż umowy długotrwałe) będzie coraz bardziej zautomatyzowany.

Dostęp do takich narzędzi jak LinkedIn, powiązany z danymi z innych źródeł (pamiętajcie, że Microsoft kupił LinkedIn i włączy go w końcu do swojego Microsoft Graph), rozwój API i AI czy innych metod przetwarzania dużej ilości danych, spowoduje, że wasz kolejny ‘”rekruter” może być wirtualny.

W całym tym procesie pamiętajcie tylko o jednym. Praca to umowa dwóch strony. Powinna być jak najbardziej sprawiedliwa. Żeby taka była, wymaga to odpowiedniego nastawienia i z waszej strony, i ze strony tego, kto was zatrudnia.

To powinna być sytuacja WIN – WIN.

Jeżeli taka nie jest – możecie zmienić. Może zmienić pracodawca. To jest naturalna sytuacja.

I tym optymistycznym akcentem – do kolejnego wpisu!

Zdjęcie główne: flazingo_photos via Visual Hunt / CC BY-SA

 

About Author

7 Comments

  1. w punkt. choc troche rozumiem pidejscie Miraska – pochodzic na rozmowy dla sportu. ale to mozna robic jesli sport sportem, ale jest realna szansza ze wyprobowanie firmy moze sie zmienic w prace dla niej.

    • Tomasz Onyszko on

      Hej Ziemek. Tak, masz rację – są różne rozmowy i różne sposoby sprawdzenia siebie. Chodzenie na takie rozmowy “dla sportu” czy “rozeznania” też ma sens dla Ciebie, śmiem tylko powiedzieć, że jak niie przejdziesz etapu agencji zewnętrznej to dużo też nie zyskujesz. Po stronie zatrudniającego to wkalkulowany koszt niestety – musiałbym sprawdzić dokładnie ale stosunek kandydatów do tych, którzy doszli do rozmowy konkretnej jest wysoki.

  2. Kilka moich przemyśleń.

    (a) Rekrutowałem. Spotkałem się z sytuacjami, że wybitnej klasy specjalista od serwerów UNIX-owych nie podał mi żadnego narzędzia do rozwiązywania problemów sieciowych, i o co ja go w ogóle pytam, i on buduje klastry wysokodostępnościowe na poziomie dostępności usługi, 99,9%, i ogólnie odwal się, a co to jest inode to wiedza tajemna, a zawsze wszystko działa.

    (b) Opanujcie się to dużo za mało. Przepraszam, ale obecnie pisze się idiotyczne artykuły o marynarce, krawacie i w jakim kolorze powinienem mieć muszkę jako inżynier, i jaką aparycją się odznaczać. Pardon. Mam robić techniczne rzeczy. Wiadomo. Dresscode, ale bez przesady. (Mogę podrzucić referencję do artykułu, w razie potrzeby).
    Są dwa rozwiązania: nie odpisuję; odpisuję snippetem, żeby przeczytano mój profil ponownie pod względem moich umiejętności jako front-end dewelopera. 😉

    (c) Usunąłem rekruterów z Linkedin.

    • Punkt (a) -> zobacz co napisał dzisiaj Gutek: https://blog.gutek.pl/2017/02/15/3-rzeczy-ktore-nie-powinny-znalezc-sie-w-twoim-cv/ – nie kłam.

      Dokładnie tak jak piszesz. Jeżeli ktoś podaje się za eksperta lepiej, żeby potrafił to obronić. Często niestety polega nawet na prostych pytaniach.
      Anegdota z rozmowy z jednym z partnerów z Irlandi. Rozmawiał z kandydatem, który podał się za eksperta w kilku dziedzinach, między innymi AD i jako druga Exchange.
      Pytanie #1: Jak oceniasz swoje umiejętności w skali 1-10 w obu dziedzinach, odpowidź – 10.
      Kilka pytań kontrolnych z AD – było kiepsko
      Pytnie #2: Patrząc na wynik rozmowy na temat AD, czy chcesz zrewidować swoją ocenę umiejętności z Exchange?

      (c) I bardzo dobrze, niech zapracują na twoją uwagę. Nie muszą bo mają konta premium i mogą Ci wysłać e-mail ale wtedy Ty możesz ich zignorować.

  3. Cóż, po kilku propozycjach via LinkedIn pracy w branży badań klinicznych (w oparciu jeno o poprzedniego pracodawcę) trudno mi oprzeć się wrażeniu, że wiele agencji zatrudnia osoby idąc w ilość, nie jakość… Propozycje pisane w języku kraju, w którym obecnie pracuję (a którego mowy raczej już nie opanuję) też nie podnoszą w moich oczach oceny poziomu tzw. rekruterów. Większość interesujących propozycji pochodziło od firm bezpośrednio. Tam widać było, że osoby zaangażowane w proces “odrobiły pracę domową”, opierając propozycję potencjalnych zadań o to czym się chwalę czy to na blogu, czy w ramach sesji prezentowanych w ramach grup użytkowników/ konferencji. Może to faktycznie metoda: wystrzegać się agencji… Wiosenne porządki na LinkedIn? 😉

    • Hej Bartek, zawitałeś tutaj :). Tak – zgadza się, że jakość większości ofert przesyłanych przez taki kanał jak LinkedIn jest “kiepska”. Strzelają na oślep po profilach wg zapytania (zapewne z automatu, na co nie ma co się obruszać bo to ma sens).

      Taki jest fakt. To co możemy robić to promować tych, którym się chce zrobić ten jeden krok więcej:
      1. Jeżeli oferta jest dobrze przygotowana, daj im znąć nawet jak nie jesteś nią zainteresowany
      2. Jeżeli nie jesteś zainteresowany a ktoś włożył wysiłek w to – pomóż mu może dotrzeć do kogoś kto może być zainteresowany.

      Agencje idą szeroko. Konkretna firma jeżeli już się do Ciebie odzywa to (piszę z naszego doświadczenia) odrobiła już lekcję, przejrzała Twój profil, ma przynajmniej założenie, że pasujesz do tego stanowiska i pracy. Stąd i jakość zapytania jest inna.

  4. Hmm ja osobiście czuję trochę niesmak po przeczytaniu artykułu, pewnie dlatego, że jestem z drugiej strony barykady. Spróbuję jednak wyrazić swoją opinie obiektywnie.
    Owszem, jestem w stanie zgodzić się ze stwierdzeniem, że bardzo duża część rekruterów agencyjnych stosuje podejście masowe na zasadzie templatka, keywords i jedziemy z koksem.
    Jest to rzeczywiście karygodne i przez takie działania jesteśmy źle postrzegani, czego Twój artykuł jest przykładem.
    Niemniej jednak, weźmy pod uwagę też to, że Wy programiści nie jesteście tu bez winy. Gdybyście odpisywali na wiadomości ze strony rekruterów, może byłoby mniej takiego spamu. Trochę rozumiem (choć nie usprawiedliwiam) rekrutera, który z braku jakiegokolwiek odzewu zdecydował się na desperackie wysyłanie spamu w nadziei, że może akurat się uda. Ale to debata bez końca co było pierwsze, kura czy jajko 🙂
    Wracając do sedna, wystarczy przecież napisać jasno na profilu LI, że np. “nie jestem zainteresowany zmianą pracy, proszę nie wysyłać ofert” tudzież “poszukuje wyłącznie pracy zdalnej”. Gwarantuje, że mocno ograniczy to spam.
    Nie zgodzę się jednak z twierdzeniem, że agencje rekrutacyjne są bez sensu i że zastąpią nas automaty. Jeśli tak twierdzisz, to dużo nie wiesz o naszej pracy. Owszem, praktycznie każdy rekruter agencyjny posiada konto premium na LI i podejmuje takie same działania jakie możesz podjąć samodzielnie.
    Zapomniałeś jednak o tym, że prawdziwy, dobry rekruter chwyta też za słuchawkę, dociera do numerów ludzi którzy nie wchodzą w ogóle na LI i do nich dzwoni.
    Prawdziwy rekruter zna milion niekonwencjonalnych myków i sztuczek, żeby porozmawiać z kim powinien.
    Prawdziwy rekruter buduje swoją sieć kontaktów poświęcając na to cały swój czas (jako CTO zapewne takiego czasu nie możesz na to poświęcić, skupiając się na innych rzeczach).
    Prawdziwy rekruter wie co dzieje się na rynku (przejęcia, upadłość, reorganizacje), wcześniej niż Ty, więc wie gdzie szukać odpowiednich ludzi.
    Tych rzeczy nie da się zautomatyzować. Sądzę więc, że nasza przyszłość nie jest pisana w tak ponurych barwach jak byś tego pragnął 🙂

Leave A Reply

Share This

Share This

Share this post with your friends!