Dzisiaj będzie o gadżetach. W końcu każdy je lubi. Nieprawdaż?
No, może nie tylko o gadżetach.

Poziom tolerancji na gadżety jest różny. Osoba, która u jednych będzie uchodziła za gadżeciarza, dla drugich będzie zacofanym fanem przestarzałego sprzętu.

Nie od dziś wiadomo, że użytkownicy wszelkiej maści nowości dzielą się na kilka grup. W dużym uproszczeniu na:

  • early adopters: kupują każdą nowość, jak tylko wyjdzie. Testują i eksperymentują;
  • early majority i late majority: wchodzą na rynek po early adopters, gdy rozwiązanie już okrzepnie. Używają nowych rozwiązań, ale nie jako pierwsi;
  • laggards: kupują na końcu.

Ja zdecydowanie jestem w tej drugiej grupie.

Ja i gadżety

Teraz o moich gadżetach.  To akurat będzie proste, bo nie mam ich wiele. Od jakiegoś czasu używam iPhone. Był iPhone, potem Windows Phone, potem znowu iPhone i tak zostanie. Przynajmniej na razie. O tym, dlaczego iPhone od strony użytkowej, pisał niedawno Gutek. Mogę się pod tym podpisać, więc jeżeli chcecie przeczytać, to u niego na blogu.

Androida nie dotykam z kilku względów – główny to bezpieczeństwo i prywatność (hahaha, znowu ta prywatność).
Z tego też powodu, oprócz względów użytkowych – używam iPhone.  W tej chwili, od strony zabezpieczenia danych i urządzenia jest to, według mnie, najlepszy wybór.  Wiąże się to z tym, że Apple trzyma w garści i platformę sprzętową, i OS. A na dokładkę trzyma łapę też na aplikacjach.

Apple wprowadziło kilka ciekawych rozwiązań w samym sprzęcie: szyfrowanie całości, anonimizację danych o użyciu telefonu (tak w dużym uproszczeniu). To, że jest to w miarę solidne rozwiązanie, pokazały starania służb amerykańskich o odszyfrowanie jednego z telefonów.
Oczywiście, jak w każdym przypadku, znajdą się błędy i exploity pozwalające na dostanie się do iPhone (z czego powstała cała gałąź rynku dla instytucji rządowych), ale jest to trudniejsze i poza zasięgiem zwykłych ludzi, którzy taki telefon chcieliby przejąć.
Wiem, są też projekty na Androidzie, które w tą stronę zmierzają, ale od użytkownika wymagają o wiele więcej wysiłku. Więc zostaję przy iPhone (chociaż jako platforma jest nudny lub inaczej – nie dostarcza wiele nowości).

Na boku: pod tym względem podobny mógł być Windows Phone (Windows 10). Mógł. Tę sprawę przemilczę.

Pomierzmy się

Niedawno do galerii gadżetów dołączył jeszcze jeden: FitBit. Konkretnie Charge 2.

Fitbit-Charge2_Black_Clock_Steps_300dpi-e1472255300955-729x1024

I tu znów – nie jestem early adopter. Nie rzucam się na nowości i nie potrzebuję eksperymentować ze sprzętem i urządzeniami. Fitness tracker i podobne urządzenia dostępne są już od dawna, jednak dotychczas je omijałem. Nie widziałem dla nich zastosowania.

Co się zmieniło?  

Przekonał mnie nasz CEO w Predica, pokazując jak go używa. W zasadzie przekonał mnie jeden killer ficzer – powiadomienia z telefonu. Mogę mieć telefon cały czas wyciszony, a jeżeli dostanę SMSa lub ktoś do mnie dzwoni – opaska na ręce delikatnie wibruje trzy razy. Mogę to zignorować. Mogę też nacisnąć przycisk i dowiedzieć się więcej.

I działa to sobie po Bluetooth, więc nie trzymam telefonu cały czas przy sobie.

Od powiadomień staram się trzymać z daleka. Już dawno wyłączyłem wszystkie powiadomienia z aplikacji na telefonie i komputerze. Tutaj to jednak działa trochę inaczej. Dzięki temu mój telefon nie przeszkadza innym i (pewnie to moja psychika) łatwiej mi go ignorować, jeżeli to nie jest coś ważnego.

Zamiast alarmującego dzwonka – wibracja na ręce. To robi różnicę. Dzięki temu telefon mnie mniej rozprasza.
Coś jak smart watch, tylko dużo tańszy :).

Do tego mam w nim opcję budzika dzięki czemu:

  • telefon zniknął z sypialni – nie potrzebuję już go ładować obok łóżka;
  • rano nie budzę dźwiękiem budzika innych (chociaż twierdzą, że i tak budzę 🙂 ).

Coś dużo tych usprawiedliwień ;).

Z ciekawostek – w zasadzie to jest pierwszy zegarek, jaki noszę na ręce. Tak się złożyło, że na pierwszą komunię nie dostałem i tak już zostało.

Gdzie ten fitness?

W końcu to fitness tracker. Moje podejście do bycia “fit” jest bardzo uproszczone. W zasadzie jedyna rzecz, jaką robię, to bieganie.  No dobrze, w tę samą kategorię można wrzucić to, że staram się spać min. 6 godzin dziennie i jeśli mogę – używam schodów zamiast windy.

Do ruchu i jego benefitów próbuje was przekonać na swoim blogu Gutek. Znowu odeślę do niego. Ja nie czuję się na siłach i nie jestem autorytetem, a on robi to dobrze i częściej, więc zaglądajcie na jego blog do tej sekcji.

FitBit mierzy czas, jaki spędzamy ruszając się, liczbę kroków, stopni pokonanych w ciągu dnia i przelicza to na spalone kalorie. Oprócz tego mierzy puls i czas spędzony we śnie + jego jakość (przebudzenia itp.)

Standardowy dzień w moim przypadku wygląda mniej więcej tak:

fitbit1

Oczywiście przesadziłem :). To jest standardowy dzień, w którym akurat biegałem. Dzień, w którym nie ćwiczę i jestem w pracy wygląda mniej więcej tak:

fitbit2

 

Gdzieś pomiędzy jest jeszcze dzień (zazwyczaj weekendowy), gdy nie biegam, ale robię sobie wolne od pracy.

Czy zwracać na to uwagę? Czy zostałem niewolnikiem opaski?
Według mnie nie, ale przyznaję się, że w ciągu dnia robię więcej przerw zachęcony przypomnieniami, żeby się poruszać. Widzę korelację pomiędzy dniami, w których zaświecę te znaczki na zielono a moim lepszym samopoczuciem.

Co to ma do technologii?

Phi. Gadżet jak gadżet. Takich urządzeń jest dużo. To czy inne – teraz to nie jest już zaawansowana technologia.
Prawda. Ale w mojej głowie łączy się to z jeszcze czymś. Jakiś czas temu, zachęcony recenzją Mirka, sięgnąłem po książkę The Inevitable, opisującą możliwe trendy w rozwoju technologii.

snip_20170123184813

 

Jeden z omawianych tam trendów to mierzenie wszystkiego. Czy wpadlibyście na to, że są ludzie, którzy mierzą przyrost swoich paznokci i dane te zapisują? Pewnie tak, teraz już trudno się czymś zdziwić.

Wracając do trendu – tak, przybywa sytuacji, w których się mierzymy.

Ja obecnie mierzę (nie dla samego mierzenia, ale z innych powodów):

  • czas spędzony przy komputerze oraz na co konkretnie go poświęcam (pisałem o tym tutaj),
  • czas pracy, i na jakie projekty go przeznaczam (to wynika z naszego systemu pracy w Predica, a gdybyście chcieli coś podobnego wdrożyć u siebie, to polecam) – http://getleants.com (ups!),
  • bieganie (w to wchodzi dystans, czas i tętno) – biegać można bez tego, ale zacząłem z pomiarami, gdy przygotowywałem się do pierwszego maratonu i tak zostało.

Od niedawna mierzę już bardziej celowo:

  • dane fitness (patrz powyżej),
  • wagę (waga podłączona do sieci – OK, kolejny gadżet) – nie w celu odchudzania, ale żeby widzieć ogólny trend.

Kiedyś prowadziłem też dziennik pomiarów ciśnienia i podobnych rzeczy  w ramach eksperymentów z Microsoft Health Vault, ale zarzuciłem to.

Są jednak ludzie, którzy mierzą dosłownie wszystko. Przykładem może być Stephan Wolfram, który mierzy całe swoje życie i jeszcze publikuje to w sieci.

Czy to się może do czegoś przydać?

W tej chwili może jeszcze nie, ale już pokazują się przykłady zastosowań tego typu pomiarów w dobrych celach. Przykład, na który trafiłem ostatnio – na podstawie pomiarów pacjenta można przewidzieć, kiedy jego serce w końcu się podda i ocenić ryzyko zawału.

To już jest KONKRET. Można komuś ocalić życie. I to tylko przez zbieranie danych.

Futurama!

Teraz trochę popatrzmy w szklaną kulę. I to, według mnie, nie tak daleko do przodu.

Dane o nas i naszych zachowaniach zbierane z różnych urządzeń, są już albo będą w niedalekiej przyszłości używane do konkretnych celów biznesowych:

  • firmy ubezpieczeniowe będą używały danych o zachowaniach na drodze w celu określenia naszego profilu ryzyka. To już się dzieje. To ma konkretny wymiar w naszym życiu w postaci kosztu ubezpieczenia.
  • już niedługo to samo będzie dotyczyło naszych ubezpieczeń medycznych i emerytalnych. Zgodzisz się przekazać swoje dane do ubezpieczyciela – może dostaniesz lepszą ofertę (a może gorszą – to miecz obosieczny 🙂 )
  • dane telemetryczne będą pozwalały szybciej i lepiej nas diagnozować, wcześniej wykrywać choroby. Nawet te zaawansowane. Microsfot Research sprawdzało, czy może przewidzieć wystąpienie raka na podstawie zapytań do wyszukiwarki danej osoby. Okazało się że tak… Jeżeli potrafimy to już robić w oparciu o wyniki zapytań w wyszukiwarce, to co można zrobić z danymi zbieranymi bezpośrednio od nas samych…

Ten trend będzie się rozwijał. Już teraz można mierzyć różne rzeczy. Trackery takie, jakiego używam, to podstawowa rzecz. Są już czujniki mierzące fale mózgowe i oceniające naszą zdolność na przykład w kontekście wydolności do treningu. I to nie są rzeczy używane w laboratoriach – dowiedziałem się o tym, ponieważ jeden ze znajomych tego używa.

16705422992_336f0afe13_c

Zdjęcie: arbyreed via Visual Hunt / CC BY-NC-SA

Big Data to buzz word, które używane jest w wielu kontekstach. Ale dane naprawdę mogą sprawić, że w niektórych dziedzinach wykonamy skok jakościowy.

Tak więc będziemy się mierzyć. Każdy z nas w różny sposób i sam będzie mógł zdecydować, co i jak mierzy.  Może się jednak okazać, że w niektórych przypadkach będzie to wymagane albo w celu uzyskania jakichś benefitów (ubezpieczenia), albo po prostu – aby np. kontrolować czas pracy.

Nisza

Gdy patrzę na te wszystkie urządzenia i biorę pod uwagę to, co (według mnie) nadejdzie w przyszłości, widzę dwie nisze do zaadresowania.

To na wypadek, gdyby ktoś chciał rozkręcić jakiś biznes (10% udziałów przyjmę za pomysł 🙂 ):

  • integracja i agregacja: nie ma, powtórzę NIE MA serwisu, który by to wszystko agregował i zbierał w jednym miejscu. Każdy producent robi swoją wersję, próbuje spinać inne urządzenia ze sobą. Wspiera lub nie dane urządzenie czy rozwiązania dostawców takich jak Apple. Ogólnie, to jest jakiś jeden wielki za przeproszeniem …BAŁAGAN. Jeżeli ktoś zrobiłby sensowną usługę agregującą te wszystkie dane i urządzenia – byłby na to rynek. Problem w tym, że nie kontrolujemy urządzeń i nie ma standardów, więc całość jest ryzykowna (i dlatego pewnie nie ma takich usług :));
  • osoby starsze: wszystkie tego typu rozwiązania (albo większość tych, które przejrzałem) koncentrują się na młodych osobach. Wiadomo – one mają siłę nabywczą. Nie widzę rozwiązań dla osób starszych, które mogłyby monitorować ich stan zdrowia, alarmować w razie nagłych zdarzeń itp. Hej, ich wnukowie i dzieci też mają siłę nabywczą :)!

To, że takich rozwiązań nie ma, wynika pewnie z braku zainteresowania nimi. Z mojego punktu widzenia jednak takie rozwiązania by się przydały.

Wracając na chwilę do gadżetów

Wracając do tematu gadżetów – dlaczego nie mam ich za wiele, będąc jednocześnie mocno zainteresowanym rozwojem technologii?

Nie chcę nikogo oceniać i nie będę – daleko mi do tego. To co poniżej to tylko moja osobista opinia i podejście.

Technologia jest super. Urządzenia są fajne i jest ich coraz więcej. Są coraz nowocześniejsze. Co roku jest nowa wersja.

Czy większość z nich wpływa jakoś znacząco na jakość mojego życia? Nie! To zabawki. Dlaczego miałbym je więc kupować kosztem:

  • odłożenia tych środków na przyszłość albo na coś innego, czy też – po prostu – żeby szybciej osiągnąć moment, w którym nie będę musiał pracować,
  • przeznaczenia ich na coś, co wpływa na życie moje, mojej rodziny lub moje umiejętności (jeżeli już – kupuj doświadczenie, nie rzeczy).

Dookoła siebie widzę wielu ludzi, którzy zmieniają telefony w rytm kampanii marketingowych producentów. Kupują coraz to nowe urządzenia i sprzęt. I to jest ich wybór. Ja tak nie robię, jeżeli nie jestem w stanie tego sobie sensownie uzasadnić.

Pewnie, że czasami chcę coś sobie kupić ot tak, po prostu. Nawet może mnie na to stać. Jak na razie jednak w wielu wypadkach ta chęć pozostaje z boku.

Drugi aspekt tego pędu do nowości: produkujemy masę śmieci. Daleko mi do ortodoksyjnego podejścia do ekologii, ale produkujemy w tej chwili masę urządzeń, które niczemu nie służą. I są szybko odrzucane nie dlatego, że się zepsuły, ale dlatego, że wyszła nowa wersja.

Oczywiście, część z nich idzie w drugi obieg, ale duża część jednak gdzieś zalega. Przeszukajcie swoje szafy i zobaczcie, ile drobnej i większej elektroniki tam leży. Możecie się zdziwić.

Nie staram się tutaj nikogo ewangelizować, ale TO NIE JEST DOBRE! Bliżej mi tutaj do myślenia założyciela Patagonii, z którym wywiad ostatnio słuchałem w ramach podcastu.

Bezpieczeństwo

Wraz z  ilością urządzeń i gadżetów, które posiadamy i których używamy, wzrasta kwestia ich zabezpieczenia i prywatności.

Pisałem już o tym na blogu, więc nie będę się powtarzał, polecam przeczytać IoT password apokalipsa.

Problem istnieje i będzie rósł. Niestety, pomimo tych wszystkich wpadek, nie widać na razie trendu wśród producentów, aby coś z tym zrobić. Możemy go wymusić. My – użytkownicy tych urządzeń. Głosujmy portfelem wybierając te, które są lepiej zabezpieczone. Problem – mało jest rzetelnych informacji w tym zakresie.

Inspektor gadżet

Takie jest moje podejście. I moje gadżety :).

Dobrze, że są na świecie też early adopters, dla których produkowane są nowości i którzy się na nie rzucają. Dzięki temu ja mogę po jakimś czasie wejść w dane rozwiązanie – DZIĘKUJĘ WAM! Bez was nie byłoby nowości w tej dziedzinie.

Inspector_Gadget_Thinking

Dobrze by było, gdyby jeszcze w tym wszystkim znaleźć balans pomiędzy potrzebą generowania kasy i potrzebami ludzi. Nowy model iPhone co roku naprawdę nie wnosi nic nowego – z czystym sercem można przeskoczyć nawet kilka lat i generacji. Używam w domu iPada i jest to iPad 2. Nadal działa, nadal spełnia swoje zadanie. Podejrzewam, że jeszcze przez następny rok czy dwa nawet nie pomyślę o nowym tablecie.

Taki balans pomiędzy nowościami a faktycznymi potrzebami ludzi dobrze by nam zrobił. Z drugiej strony jest jednak potrzeba spełniania przez firmy oczekiwań akcjonariuszy i inwestorów.

A jak jest u was z gadżetami? Macie ich wiele? Nie macie w ogóle? Komentarze są otwarte! Zachęcam!

I tym optymistycznym akcentem – do następnego wpisu :)!

 

Główne zdjęcie: Tommi Komulainen via Visualhunt.com / CC BY-NC-SA

About Author

2 Comments

  1. Ja zazwyczaj jestem w jednym z dwóch stanów:
    – mierzyć wszystko, co się da, a z danymi coś zrobię bądź nie, ale lepiej je mieć,
    – nie mierzyć nic, żeby cieszyć się życiem, a nie spędzać go na mierzeniu.

    A im jestem starszy, tym bardziej doceniam właśnie, gdy coś się prawie samo mierzy, wymagając ode mnie jak najmniej wysiłku. Szukam środka między tymi dwoma stanami powyżej.

    Tak więc Charge 2 też dołączył do grona moich gadżetów. Niech mierzy, niech czasami motywuje do poruszania się. To jak gutek-as-a-service, który namawia mnie do tego, żebym gdzieś się ruszył. Dobre to.
    James Clear namawia też takiego ustawiania “systemów” wokół siebie, aby wydobywały z nas dobre nawyki. Podoba mi się to nienachalne podejście. Wystarczy, że w Fitbicie trackuje się ilość wypitej wody, a na biurku stoi butelka na tą wodę. Oczywiście można łazić do kuchni i pić ze szklanki. Natomiast okazuje się, że czasami z tymi drobnymi wspomagaczami łatwiej o to zadbać.

    Fajnie, jakby gadżety właśnie lekko nam pomagały w życiu, nie utrudniając. Możemy się bez nich obyć, ale jak już są – niech czynią życie i nas trochę lepszymi.

    PS. Nie mogę znaleźć linka w tym tekście: “czas spędzony przy komputerze oraz na co konkretnie go poświęcam (pisałem o tym tutaj),”, a z chęcią bym poczytał.

Leave A Reply

Share This

Share This

Share this post with your friends!