Korporacja! Słyszeliście takie historie: odeszła/odszedł z korporacji, teraz jego życie to niekończąca się bajka – czas na własne zainteresowania, realizację celów, czas dla siebie?

Albo inną – korporacja wycisnęła go jak cytrynę, przeżuła, zabrała całe życie, które jej poświęcił, a na końcu wypluła?

ZŁA korporacja

Przy okazji różnych wydarzeń, spotkań społecznościowych czy towarzyskich, zdarzało mi się być pytanym o to, jak tam naprawdę jest. Czasem wprost, czasem przy okazji – ktoś znał kogoś, kto właśnie z korporacji odszedł albo w niej był i przechodził różne korporacyjne perypetie. Albo ktoś o czymś słyszał i chciał się dowiedzieć, czy faktycznie tak jest.

Jakiś czas temu, na party po organizowanym przez Maćka “Daj się poznać”, ktoś zapytał: “To jak to naprawdę jest?”  Następnie dłuższą chwilę spędziliśmy rozmawiając na temat korporacji właśnie.

Jak to mawiają Słowianie – byłem tam, zrobiłem to. Zobaczmy, co mogę wam na ten temat powiedzieć. Od razu zaznaczę, że moja opinia w dużej mierze jest subiektywna. Tak to z opiniami bywa.
Nie opieram na jakiejś głębszej analizie całości problemu, a jedynie na moich przemyśleniach po kilku latach spędzonych w różnych miejscach określanych jako “korporacje”.

Podobną historię już gdzieś na pewno słyszałeś. Od kolegi, który ma kolegę, który pracuje w korporacji. Od wspólnych znajomych przy piwie, o tym jak każdemu się tam poukładało i jak Waldek wylądował w korpo. W gazecie opisującej kolejny przypadek korporacyjnego “wyzwoleńca”, który założył niesamowity biznes i uwolnił fontanny tęczowej kreatywności.

W ostateczności – w telewizji śniadaniowej – pomiędzy przepisem na pastę jajeczną a problemem globalnego ocieplenia.

Apel! Jeżeli identyfikujesz się z tym ostatnim przykładem – zrób dla siebie coś, co zmieni twoje życie. Przestań oglądać telewizję śniadaniową!

Pewnego pięknego dnia (może, zresztą, wcale nie był taki piękny – nie pamiętam) odbyła się rozmowa rekrutacyjna, która wprowadziła mnie w świat korporacji. Najpierw HP, potem Microsoft. W HP, co prawda, mało się tym światem zajmowałem – pracowaliśmy przy konkretnych tematach, z rzeczy korporacyjnych obowiązywały mnie jedynie procedury dot. wyjazdów i zakupów.

W Microsofcie “korporacyjność” wciągnęła mnie głębiej. Chociaż z drugiej strony – raczej nie miało to na moją pracę aż tak dużego wpływu.

Jak było

Pracowałem, przebywałem, wypełniałem, meetingowałem się. Praca po godzinach, zarwane relacje, sukcesy, promocje, polityczne starcia. Codzienna walka ze sobą, aby wstać i pójść tam, gdzie spędzę kolejne 10 godzin.

Tygodnie spędzane w podróżach: inne miasta, inne lotniska, hotele, klienci. Wszystko na służbową kartę kredytową (no, akurat nie do końca służbową i znowu nie wszystko, ale to szczegół techniczny).

Samochód co 3 lata (chyba że akurat friz albo policy czendż), laptop co 2 lata.
RE-WE-LA-CJA!
Nic, tylko żyć i pracować.

Po jakimś czasie, wypluty i wymięty, poczułem, że to nie to. Zacząłem się męczyć, miałem problemy ze spaniem, poczułem wypalenie i zmęczenie. Powoli docierała do mnie konieczność zmiany, wyrwania się, uwolnienia. Bycia gołym, ale wolnym od KORPORACJI. Rzuciłem wszystko i postanowiłem założyć kreatywny warzywniak.

Gdzieś to już czytałeś lub słyszałeś? Typowa historia.

Tyle, że to gówno prawda. A przynajmniej w dużej części gówno prawda.

Wiadomo nie od dzisiaj, że jest prawda ekranu i prawda historyczna. Nie zapominajmy o statystyce.

Jak jest naprawdę

To wszystko, co napisałem się zdarza. Albo inaczej – tak, ludzie tak pracują, przechodzą przez to.

Prawda

Photo credit: lizmcdaniel via Visual Hunt CC BY

Praca jest pracą: czasem pracuje się dłużej, czasem krócej. Podróżuje się, meetinguje, wyjeżdża na spotkania firmowe (Zupełnie bez premedytacji, ale jakoś w większości je ominąłem. A może mnie ominęły… Przez 5 lat w MS byłem na jednym, o ile pamiętam).

Ludzie pracują po 12h, a może i więcej. Nie lubią swojej pracy, ale do niej przychodzą. Lub inaczej: kochają ją i robią wszystko z radością, ciekawością i spełniają się w niej. Lub po prostu tam są i robią to, co do nich należy.

Ludzie mają targety do wykonania, “gole” do spełnienia, firma czasami robi “frizzy“‘ na wyjazdy i koszty, albo “kost katingi” (chociaż tak się tego nie nazywa) jak wyniki zjeżdżają.

W tle tego wszystkiego są procedury, biurokracja, małe lub większe ambicje ludzi nałożone na struktury firmy. Życie korporacyjne. To jest przeważnie najbardziej widoczne, bo objawia się na zewnątrz anegdotami, zrzutami z ekranów różnych szkoleń lub ogłoszeń, e-maili. Fakt – często są pisane zabawnym, a zarazem przerażającym językiem.

To ostatnie to podatek korporacyjny. Uwierzcie mi, firma potrzebuje procedur albo przynajmniej określonych mechanizmów działania. Inaczej się nie da od pewnego stanu rozwoju. W dużych firmach te procedury powstają przez lata, nakładają się na nie kolejne warstwy, zmiany, regulacje. I faktycznie – wychodzi czasem, jak wychodzi. Mordor!

Mordor zjada ludzi

Na końcu z tych puzzli układa się obrazek, który wielu z nas zna. Ludzi zmęczonych ciągłym gonieniem za “golami“, pracą po naście godzin. Zniszczonych psychicznie przez management, presję czasu, procedury.

Wchodzących do firmy o 9 tylko po to, aby o 17 gremialnie wypłynąć na ulice i odreagować (a to może być ciężkie). Wcześniej obowiązkowa przerwa na lunch.

Mordorphoto: (cc) javenjuto

Następnego dnia zebrać się w sobie, łyknąć pigułkę, która pozwoli jakoś przejść ten dzień, wbić się w mundurek i … 9 – lunch – 17.

You know the drill

Zdjęcie: Kaptain Kobold via VisualHunt.com / CC BY-NC-SA


Tak też bywa. Teraz straszna prawda: to nie korporacja robi to ludziom. To ludzie robią sami sobie.

Ludzie są sterowani, dlatego że tego chcą.

Faktem jest, że firmy są dobre w wytwarzaniu środowiska, które pcha cele do przodu. Żeby to robić efektywnie – pokazuje króliczka, którego gonią pracownicy. Króliczek jest różny na różnych szczeblach. I każdy manager ustawia gdzieś rząd króliczków dla swoich ludzi (celowo nie piszę podwładnych, czy zasobów).edy należy odpuścić – to też zależy jedynie od was.

Jeśli będziecie pędzić tak rok czy drugi, a może nawet kilka lat – nagle zostaniecie zjedzeni. Albo zwolnieni. Co dla niektórych osób jest gorsze.

Wszystko dlatego, że zamiast usiąść, pomyśleć i zaprzyjaźnić się najpierw z królikiem – bezmyślnie zaczęliście go gonić.

Tak, niestety, jest w dużej liczbie przypadków. Ktoś wyznacza cel, a wy zaczynacie pęd do niego. W tej gonitwie myślicie: “Ho, ho! Jestem częścią większego planu – warto! – pogonię, osiągnę, dostanę nagrodę. Jak zbiorę tych nagród kilka, to awansuję, będę miał większe cele, większe nagrody. Warto!!”

Nikt nie musi wam tego wmawiać, puszczać delikatnie z głośników przekazu podprogowego, czy ładować na spotkaniach motywujących. Wystarczy w odpowiednim momencie wciągnąć człowieka do firmy, postawić cel i pokazać, jaka jest potencjalna nagroda. Człowiek nałoży to na swoją wizję nagrody i wysteruje się sam.

Korporacje nauczyły się po prostu bardzo dobrze z tego mechanizmu korzystać!

Control roomZdjęcie: jonasginter via Visualhunt.com CC BY-NC-SA

To, czy będziecie gonić tego króliczka, w jakim stylu i co jesteście w stanie w tym biegu poświęcić, to już wasz wybór. Czy zanim zaczniecie biec – zastanowicie się, czy króliczek wart jest tego biegu, albo ki

Tak, spłycam. Pewnie ktoś to opracował naukowo. Ale piszę o tym, co myślę, więc nie muszę się tym przejmować. Nawet jeśli to, co myślę jest błędne ;). Taka jest zaleta własnego miejsca w sieci.

Chyba że …

… podejdziesz do tego normalnie. To po prostu kolejne miejsce pracy. Może fajne, może pozwalające pracować z fajnymi ludźmi, technologiami, materiałami – cokolwiek tam robisz. To praca. Nie życie.

Firma tak do tego podchodzi. Jesteś pracownikiem. Może sprzedawane jest to inaczej, ale tak jest. Ty jesteś pracownikiem, firma daje ci miejsce pracy, wymaga od ciebie realizacji jakichś celów. Fajnie, jeśli masz tam ludzi, z którymi dobrze się czujesz.

Fajnie, że się realizujesz. Ale jeżeli zaczynasz zbytnio utożsamiać się z firmą lub zapominasz, że to jedynie miejsce pracy – to pierwszy dzwonek ostrzegawczy. Lądowanie może być bolesne.

Potem przychodzi okres, kiedy zapieprzasz tak, że nie masz czasu na nic innego. Bo spełnisz cele, zostaniesz oceniony, zauważony, a to pozwoli ci się dalej rozwijać i wchodzić na wyższe poziomy. I tak pewnie będzie, z tym że to ma swoją cenę.

Z tego, co zaobserwowałem – na każdym poziomie, czy to szeregowego pracownika, czy też wysokiego managementu – problem zaczyna się wtedy, kiedy zaczyna się za bardzo wierzyć, że korporacja to życie. Wtedy zaczynają się te wszystkie dziwne sytuacje, o których potem słyszycie z opowieści: poświęcanie 16 godzin dziennie na pracę, zarywanie wszystkiego.

Czasami stoi za tym czyste wyrachowanie i kalkulacje związane z oczekiwaniami. Chcę lepszego życia – poświęcę się teraz 2 lata, będę zapieprzał, dostrzegą mnie, awansuję, będę na odpowiednim poziomie…Itd.

A potem przychodzą rozczarowania

Jedne z ciekawszych rozmów, jakie odbyłem z ludźmi pracującymi w różnych dużych firmach dotyczyły tego, jak oceniana jest ich praca i czego właściwie oczekują. Przyznam się od razu, że występowałem w nich przeważnie jako stary cynik, widzący to trochę inaczej, gdy po drugiej stronie przeważnie była młoda osoba dopiero rozpoczynająca swoją drogę.

Typowa rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

On/Ona: Ciężko pracuję, żeby być dobrze ocenionym, bo to pozwoli mi awansować.

Ja: Ale wiesz, że to nie do końca tak działa?

On/Ona: Ale że jak?

Ja: Ciężka praca i kompetencje to nie wszystko. Firma ma swoje zasady i awansujesz, jak przyjdzie twoja kolej.

On/Ona: Nie, zobaczysz, staram się, więc będzie to miało efekty.

Ja: Ale wszyscy się starają, a super ocenionym może być 10%.

On/Ona: Nie, to tak nie działa.

A jednak. Jeżeli po prostu będziesz robił(a) swoje nawet bardzo dobrze, to nie oznacza, że od razu przełoży się to na twoją karierę. W kolejce są inni, stojący w niej dłużej. Jest was kilkoro, a awansować może tylko jeden, bo tyle jest w budżecie. Sorry – twoja kolej za rok.

Brutalne, ale prawdziwe – za wszystkim stoją reguły i system. I jeżeli faktycznie chcesz w korporacji działać efektywnie, to musisz te reguły i system poznać. Ja z ciekawością obserwowałem, jak wielu z kolegów mogło osiągnąć więcej. Oprócz tego, że byli dobrzy, ciężko pracowali, poświęcili też trochę czasu na poznanie reguł gry i wysiłku na wykorzystanie ich dla swoich celów. W ten sposób można dużo osiągnąć. A jeżeli nie chcesz tego robić … przygotuj się na dłuższe okresy oczekiwania.

…lub zwolnienia

I to się zdarza. Przychodzi okres wietrzenia firmy, wyniki trochę gorsze – najłatwiejszy sposób to zwolnienie ludzi. Więc tniemy.

Nie ma w tym nic dziwnego – w końcu to tylko praca. Jeżeli jednak ktoś się utożsamia z firmą, pojawia się pytanie “Dlaczego ja? Starałem się. ”

Score

Zdjęcie: CJS*64 “Man with a camera” via VisualHunt / CC BY-ND

Tak, starałeś się. Ale na końcu dalej jesteś tylko pozycją w Excelu. Jeżeli suma ma się zmniejszyć, to musi tych pozycji ubyć. Kogoś trzeba wybrać. I nie działają wtedy jakieś szczególne reguły – sortowanie według kwot i ujęcie od góry/od dołu. Jeżeli to za mało, wtedy wchodzą już osobiste decyzje tego, kto musi to zrobić.
I przeważnie nie jest to dla niego łatwe (zwalnianie ludzi nie jest łatwe – uwierzcie mi).

Jeżeli ten, kto jest zwalniany, traktował pracę jak życie albo angażował się w nią całkowicie – to będzie bolało. Można dociekać “Dlaczego właśnie ja. Przecież się poświęcałem!”
Ale to tak nie działa – zadziałały cyferki i kalkulacje.

Często jest tak, że zamiast zwolnienia – firma oferuje możliwość przeniesienia lub zmiany roli. Patrząc cynicznie – rekrutacja dużo kosztuje. Wdrożenie do pracy też. Więc lepiej jest przenieść kogoś na inne stanowisko w innym dziale. W końcu już pokazał, że potrafi pracować. Więc poradzi sobie i tutaj.

To w końcu złe czy dobre – te korporacje?

Bez roztrząsania moralności działań i produktów: korporacje spełniają jedną, naprawdę pożyteczną cechę – pozwalają nauczyć i wychować nowych ludzi na rynku.

Ustalmy – ze studiów wychodzicie zieloni jak szczypiorek. Nie umiecie nic lub prawie nic. Jeżeli nawet macie umiejętności merytoryczne, to nie macie umiejętności praktycznych. Jeżeli wydaje się wam inaczej, to albo macie złudzenia, albo jesteście tymi nielicznymi wyjątkami.

Korporację stać na to, żeby w was zainwestować, żeby nauczyć was, że istnieje kalendarz, że są zadania, które trzeba wykonać, że istnieje odpowiedzialność. Uczycie się interakcji z innymi ludźmi, rozumienia sytuacji, zastosowania procedur i podobnych rzeczy.

Z tego punktu widzenia – jest to bardzo pożyteczna rola.

Czasami traficie tam na kogoś z prawdziwymi umiejętnościami lub zdolnościami do prowadzenia innych ludzi. Wtedy skorzystacie jeszcze więcej. Taki ktoś może też wam powiedzieć w odpowiednim momencie, że może to już czas aby coś zmienić. Albo pchnąć na odpowiednią ścieżkę kariery w samej korporacji, która umożliwi wam rozwój.

Złe?

W końcu mówimy – evil corp, więc musi być coś złego.

vag3vsb

To co jest złe, to wytworzenie wokół człowieka “złotej” klatki. Wszystko jest wygodne. Czasami mniej lub bardziej. Ale tak jest.

Komputer – jest, kawa – oczywiście, jedzenie – na miejscu, podróże – są, samolot opłacony, fajny hotel. Szkolenia – czek (chociaż różnie to bywa).

Podwyżka – raz na jakiś czas. Premia – raz w roku albo podobnie. Opieka medyczna, dżym… Większość rzeczy, o które musielibyście zadbać sami, jest podana lub znajduje się na wyciągnięcie ręki – oczywiście na odpowiednim poziomie w zależności od waszej pozycji. Hierarchia musi być.

To powoduje, że się rozleniwiacie. W najgorszym przypadku tworzy to korporacyjnych ortodoksów, reagujących nerwowo albo agresywnie na każde wspomnienie, że może to nie jest takie świetne miejsce, albo że produkt tej super pracy sucks.

Im dalej w las, tym ciężej będzie się rozstać. Benefity rosną, pensje też. Do tego przyzwyczajenia do korzystania z nich. I tak po kilku latach utknęliście.

Korpo zombie

Zawsze można odejść – powiecie.

Różne są powody, dla których ludzie zostają w korporacji. Z mojego punktu widzenia bywają jednak lepsze i gorsze.

Korpo zombieZdjęcie: JeepersMedia via Visual Hunt / CC BY

Lepsze ma grupa pierwsza – to ludzie, którzy się tam realizują. Przeważnie nie są to ludzie, którzy robią największe kariery w ich strukturach. Są gdzieś na dobrze ugruntowanej pozycji, która pozwala im robić to, co lubią i chcą. Albo mieć wpływ na mniejszą lub większą część rzeczywistości.

Przy okazji, są mocno świadomi tego, jak wszystko wokół działa i potrafią się w tym dobrze poruszać. Bez uszczerbku dla zdrowego rozsądku i zdrowia.  Według mnie, to jeden z bardziej sensownych sposobów realizacji się w dużej firmie w długim okresie czasu.

Druga grupa ludzi jest tam dla dobrze określonego celu. Wiedzą, co robią, mają zdrowy ogląd sytuacji, nie popadają w totalny amok. Są tam dlatego, że to dobre miejsce pracy (np. dobrze płatne) lub dlatego, że i dobrze płatne i dobre, a przy okazji pozwala realizować pasje. Oni najczęściej właśnie będą tymi, o których przeczytacie potem w gazetach te wszystkie historie o wyzwoleńcach. Z tym, że przeważnie od nich nie usłyszycie, że to co robili to był koszmar i tak naprawdę byli niewolnikami. Bo tak się nie czuli.

Kolejna to zdrowo myślący ludzie, którzy niestety wpadli już w klatkę i popadli w wygodę. Nie jest to może samo w sobie złe, ale akurat ja bym tak nie chciał. Często gdy z nimi porozmawiasz, dowiesz się, że może chcieliby coś zmienić, ale po prostu się boją tego kroku. Brak im zabezpieczenia, przyzwyczaili się do jakiegoś stylu życia. Starają się go zachować. Co nie oznacza, że nie lubią tego, co robią i zostają tam tylko dlatego, że muszą. Ale mają mniejsze parcie na wyjście.

Ostatnia grupa (może ostatnia, nad którą się zastanawiam) to korpo zombie. Nie wiedzą już po co tam są, po prostu korporacja to ich styl życia. Pracowali w wielu i tak długo, że po prostu tkwią. Różnie to bywa i spotkasz takie osoby na różnych etapach i poziomach kariery.

Zwolnić się? Zostać?

Nie będę udzielał takich rad, bo każdy musi dojść do tego sam.

Mi pracowało się dobrze i widziałem dokąd to zmierza. Że za jakiś czas może będzie mi tam za dobrze. Z drugiej strony, jeżeli chciałbym coś dalej osiągnąć w firmie, musiałbym myśleć o wyjechaniu poza Polskę.

Zawsze chciałem spróbować pracować dla siebie, więc zadałem sobie jedno, ale bardzo ważne pytanie:

A co będzie jeżeli mi się nie uda!?

Odpowiedź była prosta – znajdę inną pracę. Pewnie ciekawszą. Rachunek zysków i strat nie był trudny do wyrównania.

Ale to musi być indywidualna decyzja.

Właśnie tak. Czy pracujecie tu, czy gdzieś indziej – to wasz wybór. Czy poświęcacie się na 100%, czy na 150% – wasz wybór.  Czy poddajecie się procedurom w korporacji bez myślenia o tym jak je zmienić? Czy uczestniczycie w pogoni za króliczkiem czy też się z nim zaprzyjaźniacie?

Tak, zgadliście – to wasz wybór. I nie dotyczy to jedynie pracy w korpo.

Dla tych którzy pracują – kilka przemyśleń i uwag z mojego punktu widzenia:

  • Nie daj sobie wmówić, że jesteś gorszy.  Spotkałem się z tym kilka razy – “łeee, pracuje w korpo”. A g…. im do tego. To twój wybór. Przeczytaj wpis Maćka i zastosuj do siebie.
  • Myśl! To najważniejsze. Nie wyłączaj krytycznego myślenia o tym, co się dzieje wokół. Jeżeli coś się dzieje, zadbaj o to, żeby zrozumieć jaka decyzja będzie dobra dla ciebie. Przy okazji zmian możesz czasami w ten sposób dużo ugrać.
  • Przygotuj się na radykalne decyzje. Jeżeli chcesz naprawdę zrobić coś ciekawego w ramach firmy i pchnąć to, co robisz na wyższy poziom, będziesz musiał podjąć decyzje. Głównie takie, jak na przykład wyjazd poza Polskę. Żadna z korporacji nie ma tutaj centrali, a to tam dzieją się najlepsze rzeczy.
  • Daj się poznać! Przejdź się po piętrach. Przywitaj z ludźmi, spytaj co robią. Te firmy są duże, ludzie siebie nie znają. Każdy, kto się wyróżnia – zapada w pamięć. Nikt nie zapamięta twojej ciężkiej pracy i osiągnięć jeżeli cię nie pozna. Każdy ciężko pracuje i coś osiąga. Bez relacji z ludźmi utkniesz.
  • Jeżeli czujesz że utknąłeś – włącz alarm! To już ostatni dzwonek. Nie tkwij, nie trzymaj się kurczowo firmy tylko dlatego, że to dobra praca. Jeżeli utknąłeś – za kilka lat będzie tylko gorzej. A po kilku latach to, co robisz będzie jeszcze mniej potrzebne. Pamiętaj: wiersze w Excelu.

 

Żeby było pozytywnie

Znam wielu ludzi, którzy mają naprawdę ciekawe kariery w korporacjach i to spędzone na czymś bardziej ciekawym niż przemielanie excela.

Znam ludzi, którzy odeszli i mają fantastyczne firmy albo robią ciekawe rzeczy.

Akurat w trakcie pisania tego wpisu, Mirek Burnejko (znowu tutaj) opublikował na swoim vlogu przemyślenia w ostatnim dniu pracy w Microsofcie. Zobaczcie, warto!

“Tam musi być jakaś cywilizacja!” 🙂

P.S. Pozdrowienia dla żony kolegi, która czyta. Jest życie poza korporacją :)!

Zdjęcie główne: Matt Niemi via VisualHunt / CC BY-NC-ND

About Author

18 Comments

  1. Ojojoj. Mocny teskt.

    Podobają mi się Twoje rady. Szczególnie: Daj się poznać!
    IMO inaczej pracuje się w korpo, gdy od góry do dołu każdy wie kim jesteś i w czym jesteś dobry.
    Jeśli o tym nie wie, to będziesz zapewne spłycany do komórki w excelu.

    W dzisiejszych czasach łatwo stać się ekspertem i pozwolić ludziom w firmie/po_za się o tym dowiedzieć.
    Tak jak ja z chmurami, tak jak Ty z bezpieczeństwem 🙂

    P.S. Microsoft, w którym obaj pracowaliśmy, trochę się zmienił. Nie czuć w nim tak mocno korporacji. Ba, patrząc na to co mówią inni, to bardziej zaczyna przypominać startup. Satya zrobił swoje. Trzymam kciuki, aby to dalej szło w dobrym kierunku.

    • W MS zawsze było mało biurokracjii przynajmniej w porównaniiu do innych, z którymi się spotkałem. Akurat też management w MCS odcinał nas też trochę od tego i za to jestem i to było miłe i należą im się podziękowania.

      IMO MS akurat dąży w dobrą stronę teraz i oby tak dalej.

    • Miałem napisać swój komentarz, ale bardzo mocno zgadzam się z Mirkiem 🙂 Bardzo ciekawy i wartościowy post! I faktycznie warto dać się poznać, bo to później wychodzi w najmniej oczekiwanych momentach 🙂

  2. No … sie widze filozofem stales na stare lata. Fakt jest jednak taki ze my “techniczni” mamy zupelnie inaczej niz nie techniczna czesc ludzi w korporacjach.

    Pozdro

    • OMG … kto mnie czyta. Kto mnie czyta. Dla tych co mogą nie wiedzieć to jest ZIS! ZIS który ściągnął mnie do Warszawy. A wcześniej pozwolił mi czyścić komputery. No nie … tego mi nie pozwolił.

      No widzisz ZIS … tak bywa. Ale masz rację co do części usługowej i podobnych – trochę są na boku całości. Ale też mają dobrą ścieżkę kariery.

  3. Wszystko fajnie tylko powiedzmy 75% tego co napisałeś można spokojnie odnieść, do małych centrów R&D, które nagle firma otwarła w kraju nad Wisłą; małych startupów czy firm z jakimś większym kapitałem – niekoniecznie zagranicznym.
    W sumie tak patrze teraz z perspektywy kilku firm, przez które się przewinąłem i kilku z którymi miałem miej formalną styczność i według mnie pewne schematy są powielane. Tylko może inaczej ubrane / sprzedane.

    Teraz coraz więcej korpo dba o to by u nich było jak w małej firmie, w pełni wyposażona kuchnia, pokój relaksu, tu niebiesko, tam czerwono, OS zamieniony na mniejsze większe pokoje, naście rodzajów herbat i z 5 rodzajów kawy. Od czasu do czasu wpadnie tort lub nagle jakiś wyjazd integracyjny zupełnie przypadkiem w weekend a nie w tygodniu.
    Z drugiej strony ten sam model złotej klatki, mają też mniejsze firmy, które czasem nawet przesadzają jeszcze bardziej niż te trochę większe.

    W obu przypadkach spójne hasło: “Dążymy by ludzie z chęcią szli w poniedziałek do pracy i zostali tam najlepiej do następnego poniedziałku.”

    Pomijając bardzo niewiele małych firm (tzn w granicy max 40-50 osób) działa statystyka. W korpo może i owszem jest sporo ludzi, który poza swoim biurkiem i stabilnym łączem VPN, jak już stróż wyrzuci z biura, świata nie widzą. Jednak przy 100/300 lub więcej osobach zawsze udaje się znaleźć ludzi, którzy mają trochę więcej wspólnych pasji, niekoniecznie związanych z pracą. Nie wiem jak Ciebie ale mnie zawsze wkurzało, że w kuchni przy kawie zawsze jest temat pracy i całej otoczki dookoła.

    Sorry za lakoniczność mojego wpisu. Ehh napisało by się więcej:) Chyba trzeba będzie odkurzyć bloga;)

  4. “Jeżeli czujesz że utknąłeś – włącz alarm!”

    A co zrobić jeśli czuję, że utknąłem w małej firmie na – w 80% – powtarzalnej pracy z prawie zerową stycznością z nowymi technologiami, mam stabilne życie i pracę, ale mam większe ambicje zawodowe? Przemęczyć się jeszcze kilka miesięcy, w międzyczasie zabezpieczyć się finansowo, podszkolić warsztat i spróbować czegoś nowego (może na początek – w międzyczasie – zdalnie na kawałek etatu)?

    • Tomasz Onyszko on

      Na początek mała uwaga – nie jestem dobry w dawaniu porad i chyba nie będę aspirował do tego. Mogę ewentualnie podzielić się swoją myślą i doświadczeniem a co z tym zrobisz … zależy od Ciebie.

      Jeżeli czujesz, że utknąłeś – to prawdopodobnie jest już za późno. To znaczy utknąłeś :)! Let’s face it. Ale nie za późno żeby coś z tym zrobić.
      Ja w takiej sytuacji:
      1. Zacząłbym inwestować w siebie, to znaczy w swoją edukację. I to nie licząc na to, że ktoś to sfinansuje czy da mi ekstra czas. Nie, trzeba wygospodarować go i zacząć podnosic swoje umiejetności. Dobrze najpierw wybrać kierunek – czyli gdzie chcesz wymierzyć.

      2. Zacząłbym zdobywać kontakty. Bywać w miejscach gdzie bywają inni z mojej branży, tam gdzie można nawiązać znajomosci, dowiedzieć się czego warto się uczyć, o czym się rozmawia. Oprócz tego tak zwany “network”‘ to podstawa gdy postanowisz zmienić pracę. Gwarantuje o wiele lepsze oferty niż head hunterzy.

      3. Pokazać się, czy to w sieci czy też właśnie przez wykonanie jakiegoś projektu – zbudować swoje portfolio, które przekona kogoś do tego, że jest warto zatrudnić właśnie tą osobę.

      Zbudowanie podsuzki bezpieczeństwa finansowej jest ważne też. Dlatego, że w nowym miejscu może być tak że będzie trzeba przyjąć mniiejszą pensję itp. Widizałem wiele osób, które utknęły tam gdzie są ponieważ nie są w stanie zejść ze swoich wymagań, nie patrząc na to, żę to ślepy zaułek. Może nie są już tyle warte na rynku.

      A jeżeli faktycznie bym miał tak, że rano wstaje i nie wiem po co idę do pracy oprócz tego, że po to żeby zarobić na utrzymanie, to jeżeli nie miałbym noża na karku to pewnie bym odszedł. Ale to teraz. 10 lat temu pewnie bym myślał inaczej 🙂

      Ale to ja 🙂

      • Hej,
        Od kilku miesięcy staram się robić to, o czym napisałeś.
        Dzięki za odpowiedź.

  5. Dawno nie widzialem tak dobrego artykulu.

    Ja mialem takie szczescie, ze przewaznie tradialem w miejsca gdzie trzeba bylo sie ewakulowac w trybie natychmiastowym.

    Obecnie jestem gdzie jestem – jest to “slabe” miejsce (nie mowie o $) jednak zmieniac na kolejny “dom wariatow” (byc moze jeszcze gorszy) – raczej nie warto.

    Jedyna sluszna zmiana to “dobra zmiana” a to jeszcze troce potrwa.

    • Tomasz Onyszko on

      Ano właśnie – często $ jest dobry. Pytanie co to znaczy “dom wariatów”? I co to znaczy dobra zmiana. Na to pytanie będziesz musiał odpowiedzieć sobie sam. Dobra zmiana często się może wiązać z chwilowym obniżeniem $ albo pozycji zawodowej. I to są takie małe wybory, które gdzieś zawsze będzie trzeba podjąć.

      Dobrze że zdajesz sobie sprawię z tego gdzie jesteś, ale warto też mieć plan co z tym zrobić. Jak powiedziałe jeden kolega – informacja bez planu to tylko szum.

  6. Jak już Mariusz Kędziora coś poleca to znaczy że musi być dobre.

    Z korpo mam do czynienia od prawie 20 lat. Na początku jako podwykonawca dla nich (dostarczałem sprzęt komputerowy i oprogramowanie) a potem jako pracownik.
    Dzisiaj nadal jestem pracownikiem jednej z nich i powiem że nie narzekam. Czasami jest gorzej czasami lepiej z naciskiem na to drugie. Rozmawiam, czyam i obserwuje świat i widzę że są dwie strony medalu ale z dwóch różnych peryspektyw.
    Dwie strony medalu z punktu widzenia pracownika i dwie strony mdealu widziane jako korporacja, ale rozpisywanie się na ten temat nie ma sensu.

    Ważne jest to że trzeba się dobrze czuć w pracy. Więc jeśli dla kogoś praca jest celem a nie środkiem to nie warto tego zmieniać.

    • Tomasz Onyszko on

      I tym o “ważne jest żeby dobrze czuć się w pracy” możnaby spuentować. Fakt jest że spotyka się dużo osób, które się tak nie czują i też nie wiedzą co z tym zrobic. Ale to już osobny temat, chociaż z moich obserwacji w różnych krajach, często wiąże się on z problemem “złotej klatki”. Nie czuję się tutaj dobrze ale benefity są takie, że nie widzę jak z niej wyjść.

  7. O kurde, coraz rzadziej ludzie piszą tak długie artykuły. Fajny wpis. Zdecydowanie nie mam problemów pracy dla korpo, ale gdy ktoś zapyta to będę wiedział gdzie skierować.

    • Tomasz Onyszko on

      Hej. Dzięki – staram się. Nikt nie pisze tak długich tekstów bo już nikt nie ma czasu ich czytać. Jeżeli średni czas poświęcany na stronę to jakieś 30 sekund to tka się piszę, żeby w te 30 sekund przekazać treść.

      Ja pewnie pozostanę przy swoim więc też pozostanę gdzieś w niszy długich artykułów :). Cieszę się że się podobało. Przekazuj oczywiście innym jak tylko może im się przydać.

      • Przeczytałem od początku do końca razem z komentarzami 🙂

        Dobre treści dobrze się czyta niezależnie od długości.

Leave A Reply

Share This

Share This

Share this post with your friends!